01.07.
Kości zostały rzucone - w środku nocy przychodzę na wrocławski dworzec
autobusowy, gdzie ma się pojawić autobus do Oslo. Plecak, mimo że
aż 80-litrowy - nie mieści wszystkiego - cześć niestety trzeba troczyć
na zewnątrz. Gdy pojawia się autobus, natychmiast przypominają się
słowa piosenki "Gastarbeiterów song". Autobus zapchany do
ostatniego miejsca, wąsatymi poszukiwaczami pracy w Skandynawii. Podróż
męcząca, bo zostało tylko miejsce od korytarza, więc nie mam się nawet
o co oprzeć, do tego puszczają denny film "Terminal", po
którym resztki szacunku dla Hanksa ulatują bez śladu.
Na prom linii Unity Line "Polonia" zaokrętowaliśmy się dość
sprawnie - ludzie natychmiast rozbiegli się po statku. Wszystko wydaje
się jednak drogie - wzrost cen zapowiada co raz bliższą Skandynawie.
Nie wykupiłem kabiny, wiec nawet przespać się nie ma gdzie. Jedyna
sala z wolnymi krzesłami zapchana i głośna. Ludzie kładą się na podłodze,
co sprytniejsi mają ze sobą karimaty i śpiwory.
Nareszcie Ystad - w kolejce do odprawy cała menażeria: hydraulicy
(ale jakoś nie przypominają tego z plakatu), kurewka ewidentnie na
występach gościnnych, drobne cwaniaczki. I wreszcie jedziemy. Niskie,
kontrastowe światło przypomina mi dawne skandynawskie klimaty.
Zdarzenie: dobrze wyglądająca kobieta po 40-ce ewidentnie zdążyła
tyle wypić na promie, że zaraz po starcie autobusu zarzygała cały
fotel. Pani zostaje w trybie natychmiastowym wysadzona na pierwszej
stacji benzynowej. Kretyńska sytuacja, bo obsługa wyraźnie ostrzegała,
że pijanych będzie wysadzać. Głupota wprost zadziwiająca.
02.07.
W pociągu relacji Oslo - Finse.
Wydawało mi się, że podróż została zaplanowana perfekcyjnie, ale jak
zawsze wylazło coś nieprzewidzianego. Okazuje się, że w niedzielę
w Norwegii nie można załatwić absolutnie nic - informacje na dworach
nie działają, część pociągów nie kursuje, o rozkład jazdy w ludzkim
języku trudno. W związku z tym ruszam w drogę nie widząc nadal, jak
będą mógł wrócić do Oslo - nic to, trzeba będzie improwizować. Za
to wszelkie problemy z nawiązką rekompensuje cudowna, norweska życzliwość.
Co chwila ktoś chce pomóc, dopytać się, znaleźć informację. Uwielbiam
ten sposób podróżowania: nieoczekiwane sytuacje sprawiają, że co jakiś
czas musisz liczyć na pomoc innych, ale dzięki temu masz kontakt z
tubylcami, i jakoś tak zawsze się składa, że problemy załatwiają się
same.
W pociągu przychodzą na myśl wspomnienia ze studenckich pobytów w
Norwegii - pamiętam, jak nieosiągalna wydawała mi się wówczas taka
podróż.
03.07.
Koniec pierwszego biwaku. Godzina 10.30 jestem spakowany i gotowy
do drogi. Po niebie przewalają się szare chmury, spoza których co
jakiś czas wychodzi słońce. Trudno zgadnąć, jaką pogodę przyniosą.
Wczoraj dopadła mnie mała depresja: plecak potwornie ciężki, ja zmęczony
prawie dwudobową jazdą, obawy, czy wszystko pójdzie dobrze. Paskudna
tęsknota. Chcąc oddalić się jak najbardziej od Finse, maszerowałem
prawie do północy.
Nade mną rozbili się jacyś ludzie w namiocie. Widzę ich jak wstają,
ale nie wiem, czy oni mnie widzą. Śmieszne uczucie - idziesz godzinami
przez kamienistą pustynię, aż nagle niemal wpadasz na przycupnięty
pod skałą namiot. Co gorsza stoi w jedynym miejscu nadającym się do
rozbicia. W konsekwencji pół godziny szukałem nowego innego miejsca.
Zmęczenie spore - spałem jak niemowlę 9 godzin., mimo ze o północy
było jeszcze zupełnie jasno.
Tym czasem pora ruszać w drogę - z daleka widzę, że para nade mną
też już chyba jest gotowa. Ciekawe, w którą stronę pójdą?
godz. 23.00
To był długi dzień. Marsz zakończyłem o 22.00 na skraju doliny, w
której leżą Liseth i Fossli. Okazało się, że moimi sąsiadami była
para młodych Niemców. Dziewczyna pracuje jako wolontariuszka w Norwegii
i teraz pokazuje swojemu chłopakowi tutejsze widoki. Niesłychanie
mili i ciekawi świata. Całą drogę przegadaliśmy o wszystkim.
Niesamowite wrażenie robi lodowiec Hardangerjøkulen, który
szlak obchodzi wielkim łukiem. Wygląda jak płaski tort polany lodową
polewą, której nadmiar po brzegach spływa zerwami lodospadów. Budzi
respekt. Zimno od niego bije zarówno w przenośni, jak i dosłownie
- cała okolica w promieniu paru kilometrów jest zdecydowanie bardziej
surowa, niż w pozostałej części Hardangervidda.
Po rozstaniu koło zejścia do Kjeldebu przyspieszyłem znacznie, żeby
nadrobić powolny marsz z Niemcami, tym bardziej, że zaczęło kropić,
a ciągle nie mogłem wybrać odpowiedniego miejsca na biwak. Potem jeszcze
tylko kąpiel nago w odrobinie czegoś, co miało być potokiem w istnej
chmarze komarów. Następnym razem koniecznie trzeba będzie wziąć repelenty!
04.07.
godz. 7.30 - dziś pełna lampa. Leżę leniwie w nagrzewającym się co
raz bardziej namiocie i nie chce mi się wstawać. Poniżej widać budynki
Liseth, więc na dół mam jakieś 2h. Pewnie zaraz upał wygoni mnie z
namiotu, a tam czekają już komary. Jak na razie pierwsze 2 dni marszu
minęły bez strat. Źle wyliczyłem bieliznę. Nie przewidziałem o tej
porze roku upałów i wziąłem za dużo ciepłych podkoszulków. Jakoś to
teraz trzeba będzie rozplanować.
Według mapy wczorajszy dzień powinien mi zająć około 7h. W rzeczywistości
maszerowałem ponad 9h. Zrobiłem w tym czasie ok. 20km. Wychodzi na
to, że marsz z Niemcami był bardzo powolny, bo potem na pewno szedłem
bardzo szybko - GPS wskazywał do 5 km/h.
Strasznie mi się nie chce, ale chyba trzeba wstać. Wokoło niesamowita
cisza. Tylko co jakiś czas słychać dzwonek owcy, lub brzęczenie komarów.
Jest całkowicie bezwietrznie i bezchmurnie. Ciekawe, co ta pogoda
przyniesie?
21.30 - Hedlo.
Dziś dzień zakończony szybciej. W kość dały komary i otarcie pachwiny,
które to razem odebrały przyjemność marszu. Droga do Liseth była przepiękna.
Górska rzeka, zagajniki brzozowe, pełno kwiatów. Potem niestety zaczął
się upał i długie podejście. Potem koło urokliwego mostku godzinny
postój na posiłek i SMS-y do domu. Niestety już wtedy zaczęła się
plaga insektów: komary, meszki (knots) i cholera wie, co jeszcze.
całkowicie odebrały one przyjemność marszu, bo ciągle trzeba było
się opędzać, a sporadyczne postoje zaraz trzeba było przerywać i iść
dalej, bo natychmiast pojawiały się insekty. Do tego otarcie pachwiny
- niezbyt poważne, ale skutecznie utrudniające marsz. W miarę posuwania
się na południe w dość płaskim krajobrazie płaskowyżu co raz bardziej
zaczął wyróżniać się jeden szczyt, wystający ponad pozostałe wzniesienia.
Wyglądał, jak gigantyczna babka z piasku z niemal pionowymi zboczami
i płasko ściętym czubkiem. Z mapy wynikało, że jest to prawdopodobnie
Hårteigen - szczyt o wysokości 1690 mnpm, więc dość znaczny,
jak na tutejsze warunki.
Na koniec dotarłem do Hedlo - prywatnego pensjonatu. Na szczęście
okazało się, że można tu kupić repelenty, choć koszmarnie drogie -
buteleczka 70 NOK. Rozbiłem się ok. 500 metrów od zabudowań nad piękną
rzeką. Komary są tu po prostu obłędne - wystarczy na chwile przystanąć,
żeby wręcz rzuciły się na człowieka. Tak więc po szybkim posiłku i
spaleniu śmieci, przygotowałem namiot, po czym... wykąpałem się wreszcie
cały w rzece. Coś wspaniałego! Teraz leżę sobie, jest zupełnie jasno,
a cała moskitiera roi się od komarów. Trzeba jeszcze tylko opracować
trasę na jutro. Dziś maszerowałem od 9.00 do 20.00. Można założyć,
że postoje wyniosły mniej niż 2h.
05.07.
godz. 10.00 - Hedlo.
Zaraz wychodzę na szlak. Dziś pobudka o 8.00. Hura! Komary jakby się
uspokoiły! W związku z tym zrobiłem sobie dzień dobroci: golenie,
mycie głowy, nowe ubranie. Pogoda trochę niestabilna: upał, ale dziwne
chmury suną po niebie. Zobaczymy, co będzie.
godz. 23.15 - 2h przed Litlos.
Dziś był długi dzień. Najpierw szybka zmiana planów. Spotkani Norwedzy
uświadomili mi, że pociąg Finse - Oslo nie jeździ w sobotę w nocy.
Postanowiłem więc iść do Haukeliseter przez Hårteigen. Upał
dalej straszny. Wczoraj mimo nałożonego UV mocno przypaliło mnie słońce
i dziś cały jestem czerwony.
W końcu Hårteigen: podejście długie i męczące, okolica co raz
bardziej dzika. Wreszcie okolica zaczęła nabierać wysokogórskiego
charakteru. Po drodze spotkałem samotnego Norwega, który szedł również
na Harteigen. Trochę przestraszyłem się jego czekana, ale uspokoił
mnie, że nie powinien być potrzebny. Długie podejście dało mi w dupę.
Gdy o 19 stanąłem pod drogowskazem wskazującym ścieżkę na szczyt,
zobaczyłem wracającego już z góry Norwega. Wskazał mi drogę i ostrzegł,
że może być "nieco niebezpiecznie". Tak też było. Najpierw
dziki piarg, potem strome łachy śniegu, a na koniec półka skalna.
Wąska, w niesamowitej ekspozycji. Do tego "asekuracja" z
tak nędznych linek i sznurków, że trudno zrozumieć, kto przy zdrowych
zmysłach mógł to powiesić. Natomiast szczyt jak to szczyt - kupa kamieni
i obłędny widok wokoło. Morze szczytów, dolin, lodowców. jakieś dziwne
poczucie odrealnienia, wynikające chyba ze świadomości, że jest właściwie
noc, w promieniu wielu kilometrów prawdopodobnie nie ma już ludzi
i jestem tu sam jak palec. Jeszcze tylko korzystając ze śladowego
sygnału krótki telefon do domu i szybko w dół. I znów mogłem korzystać
z dobrodziejstw wiecznego dnia. Mimo późnej pory parłem do przodu
przez krajobraz co raz bardziej księżycowy. Nic dziwnego - wchodziłem
w serce Hardangerviddy. Co raz częściej trzeba było przechodzić w
bród potoki, lub brnąć przez śnieg. Wszechogarniające poczucie dzikości.
Wreszcie koło 22.00 znalazłem jakąś półkę nadającą się na nocleg.
06.07.
Hellevassbu
Szybka pobudka o 7.00, wymarsz o 9.30 po śniadaniu i kąpieli. Do pośpiechu
mobilizowały nadciągające chmury. Biegiem do Litlos, tam wypytanie
o pogodę i autobusy z Haukeliseter. Okazuje się, że jedyny autobus,
jaki w sobotę jedzie do Oslo, odjeżdża o 12.35. To w sumie rozwiązuje
problem - trzeba będzie nocować w Oslo. Po drodze dopadł mnie deszcz.
Nie mocny, ale wystarczający, aby uświadomić, że w spodniach i anoraku
z aquatexu iść przy wysokich temperaturach się nie da. Cóż - trzeba
będzie kombinować.
Siedzę sobie pod hytte, wypytując kogo się da o pogodę. Chmury kłębią
się na niebie, a ja próbuję dać odpocząć nogom. No i znów zaczyna
padać - czas wejść pod dach.
godz. 22.00
Przeszedłem godzinę za Hellevassbu i rozbiłem namiot. Parszywy wiatr
i ziąb. Do tego co chwila leje. Mam nadzieję, że jutro będzie ładniej.
07.07.
Kilometr od Haukeliseter.
Pogoda zdupiła się całkowicie, góry wokoło zaciągnięte chmurami. Siąpi
kapuśniaczek. Musiałem rozbić namiot, żeby przeczekać noc (a raczej
pół dnia i noc), bo dopiero jutro będę miał autobus do Oslo. Jednym
słowem dzień stracony. Do tego pod koniec pomyliłem drogę i nadłożyłem
kilka kilometrów. Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy podczas postoju
zaciekawiła mnie rozbieżność między wskazaniami GPSu i mapy. Po dłuższej
analizie okazało się, że to urządzenie miało rację, nie ja. Żeby nie
wracać znów po ścieżce, poszedłem dalej na azymut. W tutejszych górach
nie jest to właściwie żaden probem - trzeba jedynie uważać na skalne
lub śnieżne zerwy, ale brak wyższej roślinności znakomicie ułatwia
poruszanie.
Irytujące jest to, że nie można tak po prostu wrócić, tylko trzeba
czekać na konkretny autobus. Czuję się mocno zmęczony. Deszcz już
się rozpadał na dobre. Mam nadzieję, że przejdzie za jakiś czas, i
będę mógł zrobić sobie coś do jedzenia. Oby tak było...
godz. 20.00
Niebo zasnute chmurami, ale tylko czasem pada. Nastrój polepszył się
po załatwieniu podstawowych potrzeb: defekacja, obiad, kąpiel w jeziorze.
Zadziwiające, jak bardzo te najprostsze czynności potrafią zaważyć
na nastroju. Leżę i czytam rozmówki Polsko - Angielskie, bo Grisham
niestety okazał się za ciężki. Szkoda.
08.07.
godz. 20.30 Oslo
No i zamknąłem kółko - jestem w Oslo. Dzień był zwariwany. Rano udało
mi się uniknąć deszczu. Gdy wstałem, piękne chmury przewalały się
nad szczytami. Zebrałem się dość sprawnie i zszedłem do Haukeliseter,
które okazało się być jednym sporym zajazdem, pod patronatem DNT.
Ponieważ do autobusu zostały 3h, postanowiłem (trochę z nudów) łapać
stopa. Ku mojemu zdziwieniu udało się. Zatrzymał się młody facet,
jadący akurat do Oslo. Wybierał się do swojej dziewczyny do Bangkoku
i jechał właśnie na lotnisko. Przegadaliśmy całą drogę łamanym angielskim,
poruszając wszystkie możliwe tematy, od zagadnień społecznych, po
technikę budowy elektrowni wodnych. Trochę nierozgarnięty - wszędzie
się gubił, ale jednak wyjątkowo sympatyczny. Niestety skończyło się
tak, że wylądowałem na lotnisku 40 km od Oslo, bo nie znaleźliśmy
w porę miejsca do zatrzymania się na przelotówce przez miasto. Tam
jeszcze tylko pół godziny na znalezienie właściwego parkingu i pożegnaliśmy
się pod terminalem. W tej sytuacji, jedynym co mi zostało, to wsiąść
w pociąg i wrócić do Oslo, a następnie znaleźć hostel, który mi wskazano
w informacji turystycznej. Tani hostel okazał się być mimo wszystko
drogi - 200 NOK za noc w pięcioosobowym pokoju o b. niskim standardzie.
No ale trudno - pocieszyłem się myślą, że zaoszczędziłem na autobusie.
Ponieważ miałem jeszcze sporo czasu, wybrałem się znaleźć coś do jedzenia.
Na szczęście ta część miasta jest w dużej mierze zamieszkana przez
kolorowych, więc na każdym rogu można znaleźć kebaby. Po kolacji z
ogromną przyjemnością powłóczyłem się po mieście, odnajdując miejsca
zapamiętane z poprzedniego pobytu. Tym razem jednak miasto nie wydało
mi się być takie czyste i zadbane. Bardzo rzuciła się w oczy duża
liczba kolorowych. Można rzec, że miejscami stanowili oni dominująca
większość.
Po powrocie do hostelu trafiłem na resztę moich współspaczy - Niemkę,
Francuza i dwóch Norwegów. I znów ciekawa rozmowa o górach, Norwegii,
etc. Duże wrażenie zrobiła na mnie wszechobecność języka angielskiego.
W dowolnym towarzyskie nikt nie próbuje nawet rozpoczynać rozmowy
w żadnym innym języku. Na koniec tradycyjna wymiana maili i spać.
09.07.
w autobusie do Polski
I znów "Gastarbeiterów song" - wąsaci rodacy w dżinsowych
kurtkach lub dresach, z wypchanymi torbami, wypełniają szczelnie autobus.
Z miejsca tracę całe poczucie bezpieczeństwa i co chwila sprawdzam,
czy wszystko mam na miejscu. W kupionej na stacji benzynowej gazecie
same przygnębiające wiadomości - kilka dni człowieka nie było a już
premierem został Kaczyński. Wszystko to męczy, ale dalej dominuje
radość z udanego przejścia, i jedyne co mnie w tej chwili obchodzi,
to jak tam znów wrócić. Może uda się zimą - kto wie..?