<< powrót

Hardangervidda 2006
dziennik podróży

01.07.
Kości zostały rzucone - w środku nocy przychodzę na wrocławski dworzec autobusowy, gdzie ma się pojawić autobus do Oslo. Plecak, mimo że aż 80-litrowy - nie mieści wszystkiego - cześć niestety trzeba troczyć na zewnątrz. Gdy pojawia się autobus, natychmiast przypominają się słowa piosenki "Gastarbeiterów song". Autobus zapchany do ostatniego miejsca, wąsatymi poszukiwaczami pracy w Skandynawii. Podróż męcząca, bo zostało tylko miejsce od korytarza, więc nie mam się nawet o co oprzeć, do tego puszczają denny film "Terminal", po którym resztki szacunku dla Hanksa ulatują bez śladu.
Na prom linii Unity Line "Polonia" zaokrętowaliśmy się dość sprawnie - ludzie natychmiast rozbiegli się po statku. Wszystko wydaje się jednak drogie - wzrost cen zapowiada co raz bliższą Skandynawie. Nie wykupiłem kabiny, wiec nawet przespać się nie ma gdzie. Jedyna sala z wolnymi krzesłami zapchana i głośna. Ludzie kładą się na podłodze, co sprytniejsi mają ze sobą karimaty i śpiwory.
Nareszcie Ystad - w kolejce do odprawy cała menażeria: hydraulicy (ale jakoś nie przypominają tego z plakatu), kurewka ewidentnie na występach gościnnych, drobne cwaniaczki. I wreszcie jedziemy. Niskie, kontrastowe światło przypomina mi dawne skandynawskie klimaty.
Zdarzenie: dobrze wyglądająca kobieta po 40-ce ewidentnie zdążyła tyle wypić na promie, że zaraz po starcie autobusu zarzygała cały fotel. Pani zostaje w trybie natychmiastowym wysadzona na pierwszej stacji benzynowej. Kretyńska sytuacja, bo obsługa wyraźnie ostrzegała, że pijanych będzie wysadzać. Głupota wprost zadziwiająca.

02.07.
W pociągu relacji Oslo - Finse.
Wydawało mi się, że podróż została zaplanowana perfekcyjnie, ale jak zawsze wylazło coś nieprzewidzianego. Okazuje się, że w niedzielę w Norwegii nie można załatwić absolutnie nic - informacje na dworach nie działają, część pociągów nie kursuje, o rozkład jazdy w ludzkim języku trudno. W związku z tym ruszam w drogę nie widząc nadal, jak będą mógł wrócić do Oslo - nic to, trzeba będzie improwizować. Za to wszelkie problemy z nawiązką rekompensuje cudowna, norweska życzliwość. Co chwila ktoś chce pomóc, dopytać się, znaleźć informację. Uwielbiam ten sposób podróżowania: nieoczekiwane sytuacje sprawiają, że co jakiś czas musisz liczyć na pomoc innych, ale dzięki temu masz kontakt z tubylcami, i jakoś tak zawsze się składa, że problemy załatwiają się same.
W pociągu przychodzą na myśl wspomnienia ze studenckich pobytów w Norwegii - pamiętam, jak nieosiągalna wydawała mi się wówczas taka podróż.

03.07.
Koniec pierwszego biwaku. Godzina 10.30 jestem spakowany i gotowy do drogi. Po niebie przewalają się szare chmury, spoza których co jakiś czas wychodzi słońce. Trudno zgadnąć, jaką pogodę przyniosą.
Wczoraj dopadła mnie mała depresja: plecak potwornie ciężki, ja zmęczony prawie dwudobową jazdą, obawy, czy wszystko pójdzie dobrze. Paskudna tęsknota. Chcąc oddalić się jak najbardziej od Finse, maszerowałem prawie do północy.
Nade mną rozbili się jacyś ludzie w namiocie. Widzę ich jak wstają, ale nie wiem, czy oni mnie widzą. Śmieszne uczucie - idziesz godzinami przez kamienistą pustynię, aż nagle niemal wpadasz na przycupnięty pod skałą namiot. Co gorsza stoi w jedynym miejscu nadającym się do rozbicia. W konsekwencji pół godziny szukałem nowego innego miejsca.
Zmęczenie spore - spałem jak niemowlę 9 godzin., mimo ze o północy było jeszcze zupełnie jasno.
Tym czasem pora ruszać w drogę - z daleka widzę, że para nade mną też już chyba jest gotowa. Ciekawe, w którą stronę pójdą?
godz. 23.00
To był długi dzień. Marsz zakończyłem o 22.00 na skraju doliny, w której leżą Liseth i Fossli. Okazało się, że moimi sąsiadami była para młodych Niemców. Dziewczyna pracuje jako wolontariuszka w Norwegii i teraz pokazuje swojemu chłopakowi tutejsze widoki. Niesłychanie mili i ciekawi świata. Całą drogę przegadaliśmy o wszystkim.
Niesamowite wrażenie robi lodowiec Hardangerjøkulen, który szlak obchodzi wielkim łukiem. Wygląda jak płaski tort polany lodową polewą, której nadmiar po brzegach spływa zerwami lodospadów. Budzi respekt. Zimno od niego bije zarówno w przenośni, jak i dosłownie - cała okolica w promieniu paru kilometrów jest zdecydowanie bardziej surowa, niż w pozostałej części Hardangervidda.
Po rozstaniu koło zejścia do Kjeldebu przyspieszyłem znacznie, żeby nadrobić powolny marsz z Niemcami, tym bardziej, że zaczęło kropić, a ciągle nie mogłem wybrać odpowiedniego miejsca na biwak. Potem jeszcze tylko kąpiel nago w odrobinie czegoś, co miało być potokiem w istnej chmarze komarów. Następnym razem koniecznie trzeba będzie wziąć repelenty!

04.07.
godz. 7.30 - dziś pełna lampa. Leżę leniwie w nagrzewającym się co raz bardziej namiocie i nie chce mi się wstawać. Poniżej widać budynki Liseth, więc na dół mam jakieś 2h. Pewnie zaraz upał wygoni mnie z namiotu, a tam czekają już komary. Jak na razie pierwsze 2 dni marszu minęły bez strat. Źle wyliczyłem bieliznę. Nie przewidziałem o tej porze roku upałów i wziąłem za dużo ciepłych podkoszulków. Jakoś to teraz trzeba będzie rozplanować.
Według mapy wczorajszy dzień powinien mi zająć około 7h. W rzeczywistości maszerowałem ponad 9h. Zrobiłem w tym czasie ok. 20km. Wychodzi na to, że marsz z Niemcami był bardzo powolny, bo potem na pewno szedłem bardzo szybko - GPS wskazywał do 5 km/h.
Strasznie mi się nie chce, ale chyba trzeba wstać. Wokoło niesamowita cisza. Tylko co jakiś czas słychać dzwonek owcy, lub brzęczenie komarów. Jest całkowicie bezwietrznie i bezchmurnie. Ciekawe, co ta pogoda przyniesie?
21.30 - Hedlo.
Dziś dzień zakończony szybciej. W kość dały komary i otarcie pachwiny, które to razem odebrały przyjemność marszu. Droga do Liseth była przepiękna. Górska rzeka, zagajniki brzozowe, pełno kwiatów. Potem niestety zaczął się upał i długie podejście. Potem koło urokliwego mostku godzinny postój na posiłek i SMS-y do domu. Niestety już wtedy zaczęła się plaga insektów: komary, meszki (knots) i cholera wie, co jeszcze. całkowicie odebrały one przyjemność marszu, bo ciągle trzeba było się opędzać, a sporadyczne postoje zaraz trzeba było przerywać i iść dalej, bo natychmiast pojawiały się insekty. Do tego otarcie pachwiny - niezbyt poważne, ale skutecznie utrudniające marsz. W miarę posuwania się na południe w dość płaskim krajobrazie płaskowyżu co raz bardziej zaczął wyróżniać się jeden szczyt, wystający ponad pozostałe wzniesienia. Wyglądał, jak gigantyczna babka z piasku z niemal pionowymi zboczami i płasko ściętym czubkiem. Z mapy wynikało, że jest to prawdopodobnie Hårteigen - szczyt o wysokości 1690 mnpm, więc dość znaczny, jak na tutejsze warunki.
Na koniec dotarłem do Hedlo - prywatnego pensjonatu. Na szczęście okazało się, że można tu kupić repelenty, choć koszmarnie drogie - buteleczka 70 NOK. Rozbiłem się ok. 500 metrów od zabudowań nad piękną rzeką. Komary są tu po prostu obłędne - wystarczy na chwile przystanąć, żeby wręcz rzuciły się na człowieka. Tak więc po szybkim posiłku i spaleniu śmieci, przygotowałem namiot, po czym... wykąpałem się wreszcie cały w rzece. Coś wspaniałego! Teraz leżę sobie, jest zupełnie jasno, a cała moskitiera roi się od komarów. Trzeba jeszcze tylko opracować trasę na jutro. Dziś maszerowałem od 9.00 do 20.00. Można założyć, że postoje wyniosły mniej niż 2h.

05.07.
godz. 10.00 - Hedlo.
Zaraz wychodzę na szlak. Dziś pobudka o 8.00. Hura! Komary jakby się uspokoiły! W związku z tym zrobiłem sobie dzień dobroci: golenie, mycie głowy, nowe ubranie. Pogoda trochę niestabilna: upał, ale dziwne chmury suną po niebie. Zobaczymy, co będzie.
godz. 23.15 - 2h przed Litlos.
Dziś był długi dzień. Najpierw szybka zmiana planów. Spotkani Norwedzy uświadomili mi, że pociąg Finse - Oslo nie jeździ w sobotę w nocy. Postanowiłem więc iść do Haukeliseter przez Hårteigen. Upał dalej straszny. Wczoraj mimo nałożonego UV mocno przypaliło mnie słońce i dziś cały jestem czerwony.
W końcu Hårteigen: podejście długie i męczące, okolica co raz bardziej dzika. Wreszcie okolica zaczęła nabierać wysokogórskiego charakteru. Po drodze spotkałem samotnego Norwega, który szedł również na Harteigen. Trochę przestraszyłem się jego czekana, ale uspokoił mnie, że nie powinien być potrzebny. Długie podejście dało mi w dupę. Gdy o 19 stanąłem pod drogowskazem wskazującym ścieżkę na szczyt, zobaczyłem wracającego już z góry Norwega. Wskazał mi drogę i ostrzegł, że może być "nieco niebezpiecznie". Tak też było. Najpierw dziki piarg, potem strome łachy śniegu, a na koniec półka skalna. Wąska, w niesamowitej ekspozycji. Do tego "asekuracja" z tak nędznych linek i sznurków, że trudno zrozumieć, kto przy zdrowych zmysłach mógł to powiesić. Natomiast szczyt jak to szczyt - kupa kamieni i obłędny widok wokoło. Morze szczytów, dolin, lodowców. jakieś dziwne poczucie odrealnienia, wynikające chyba ze świadomości, że jest właściwie noc, w promieniu wielu kilometrów prawdopodobnie nie ma już ludzi i jestem tu sam jak palec. Jeszcze tylko korzystając ze śladowego sygnału krótki telefon do domu i szybko w dół. I znów mogłem korzystać z dobrodziejstw wiecznego dnia. Mimo późnej pory parłem do przodu przez krajobraz co raz bardziej księżycowy. Nic dziwnego - wchodziłem w serce Hardangerviddy. Co raz częściej trzeba było przechodzić w bród potoki, lub brnąć przez śnieg. Wszechogarniające poczucie dzikości. Wreszcie koło 22.00 znalazłem jakąś półkę nadającą się na nocleg.

06.07.
Hellevassbu
Szybka pobudka o 7.00, wymarsz o 9.30 po śniadaniu i kąpieli. Do pośpiechu mobilizowały nadciągające chmury. Biegiem do Litlos, tam wypytanie o pogodę i autobusy z Haukeliseter. Okazuje się, że jedyny autobus, jaki w sobotę jedzie do Oslo, odjeżdża o 12.35. To w sumie rozwiązuje problem - trzeba będzie nocować w Oslo. Po drodze dopadł mnie deszcz. Nie mocny, ale wystarczający, aby uświadomić, że w spodniach i anoraku z aquatexu iść przy wysokich temperaturach się nie da. Cóż - trzeba będzie kombinować.
Siedzę sobie pod hytte, wypytując kogo się da o pogodę. Chmury kłębią się na niebie, a ja próbuję dać odpocząć nogom. No i znów zaczyna padać - czas wejść pod dach.
godz. 22.00
Przeszedłem godzinę za Hellevassbu i rozbiłem namiot. Parszywy wiatr i ziąb. Do tego co chwila leje. Mam nadzieję, że jutro będzie ładniej.

07.07.
Kilometr od Haukeliseter.
Pogoda zdupiła się całkowicie, góry wokoło zaciągnięte chmurami. Siąpi kapuśniaczek. Musiałem rozbić namiot, żeby przeczekać noc (a raczej pół dnia i noc), bo dopiero jutro będę miał autobus do Oslo. Jednym słowem dzień stracony. Do tego pod koniec pomyliłem drogę i nadłożyłem kilka kilometrów. Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy podczas postoju zaciekawiła mnie rozbieżność między wskazaniami GPSu i mapy. Po dłuższej analizie okazało się, że to urządzenie miało rację, nie ja. Żeby nie wracać znów po ścieżce, poszedłem dalej na azymut. W tutejszych górach nie jest to właściwie żaden probem - trzeba jedynie uważać na skalne lub śnieżne zerwy, ale brak wyższej roślinności znakomicie ułatwia poruszanie.
Irytujące jest to, że nie można tak po prostu wrócić, tylko trzeba czekać na konkretny autobus. Czuję się mocno zmęczony. Deszcz już się rozpadał na dobre. Mam nadzieję, że przejdzie za jakiś czas, i będę mógł zrobić sobie coś do jedzenia. Oby tak było...
godz. 20.00
Niebo zasnute chmurami, ale tylko czasem pada. Nastrój polepszył się po załatwieniu podstawowych potrzeb: defekacja, obiad, kąpiel w jeziorze. Zadziwiające, jak bardzo te najprostsze czynności potrafią zaważyć na nastroju. Leżę i czytam rozmówki Polsko - Angielskie, bo Grisham niestety okazał się za ciężki. Szkoda.

08.07.
godz. 20.30 Oslo
No i zamknąłem kółko - jestem w Oslo. Dzień był zwariwany. Rano udało mi się uniknąć deszczu. Gdy wstałem, piękne chmury przewalały się nad szczytami. Zebrałem się dość sprawnie i zszedłem do Haukeliseter, które okazało się być jednym sporym zajazdem, pod patronatem DNT. Ponieważ do autobusu zostały 3h, postanowiłem (trochę z nudów) łapać stopa. Ku mojemu zdziwieniu udało się. Zatrzymał się młody facet, jadący akurat do Oslo. Wybierał się do swojej dziewczyny do Bangkoku i jechał właśnie na lotnisko. Przegadaliśmy całą drogę łamanym angielskim, poruszając wszystkie możliwe tematy, od zagadnień społecznych, po technikę budowy elektrowni wodnych. Trochę nierozgarnięty - wszędzie się gubił, ale jednak wyjątkowo sympatyczny. Niestety skończyło się tak, że wylądowałem na lotnisku 40 km od Oslo, bo nie znaleźliśmy w porę miejsca do zatrzymania się na przelotówce przez miasto. Tam jeszcze tylko pół godziny na znalezienie właściwego parkingu i pożegnaliśmy się pod terminalem. W tej sytuacji, jedynym co mi zostało, to wsiąść w pociąg i wrócić do Oslo, a następnie znaleźć hostel, który mi wskazano w informacji turystycznej. Tani hostel okazał się być mimo wszystko drogi - 200 NOK za noc w pięcioosobowym pokoju o b. niskim standardzie. No ale trudno - pocieszyłem się myślą, że zaoszczędziłem na autobusie.
Ponieważ miałem jeszcze sporo czasu, wybrałem się znaleźć coś do jedzenia. Na szczęście ta część miasta jest w dużej mierze zamieszkana przez kolorowych, więc na każdym rogu można znaleźć kebaby. Po kolacji z ogromną przyjemnością powłóczyłem się po mieście, odnajdując miejsca zapamiętane z poprzedniego pobytu. Tym razem jednak miasto nie wydało mi się być takie czyste i zadbane. Bardzo rzuciła się w oczy duża liczba kolorowych. Można rzec, że miejscami stanowili oni dominująca większość.
Po powrocie do hostelu trafiłem na resztę moich współspaczy - Niemkę, Francuza i dwóch Norwegów. I znów ciekawa rozmowa o górach, Norwegii, etc. Duże wrażenie zrobiła na mnie wszechobecność języka angielskiego. W dowolnym towarzyskie nikt nie próbuje nawet rozpoczynać rozmowy w żadnym innym języku. Na koniec tradycyjna wymiana maili i spać.

09.07.
w autobusie do Polski
I znów "Gastarbeiterów song" - wąsaci rodacy w dżinsowych kurtkach lub dresach, z wypchanymi torbami, wypełniają szczelnie autobus. Z miejsca tracę całe poczucie bezpieczeństwa i co chwila sprawdzam, czy wszystko mam na miejscu. W kupionej na stacji benzynowej gazecie same przygnębiające wiadomości - kilka dni człowieka nie było a już premierem został Kaczyński. Wszystko to męczy, ale dalej dominuje radość z udanego przejścia, i jedyne co mnie w tej chwili obchodzi, to jak tam znów wrócić. Może uda się zimą - kto wie..?

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:
bilet autobusowy biura Bustravel Wrocław - Oslo w obie strony (prom w cenie)- 615 PLN
bilet kolejowy Oslo - Finse 490 NOK
cennik w Hedlo:
- nocleg 280 NOK/pers.
- obiad 240 NOK
- Coca-cola 30 NOK
ceny w przeciętnej hytte DNT:
- nocleg- od 200 NOK
- jedzenie- nawet 200 NOK/dziennie
bilet w Oslo z lotniska do centrum - 80 NOK
duży kebab w Oslo - 75 NOK

 


<< powrót