|
Murat Nehri 2012
11.09. Van Pierwszy dzień podróży. Bez rewelacji. Do Berlina dojechałem dość sprawnie, ale gdy na dworcu wyciągnąłem GPS-a, żeby spokojnie podreptać sobie na lotnisko, okazało się że ten co chwila się wywala. Dziwne, że w domu to nie wyszło. Jakoś jednak dotelepałem się przez uśpione miasto na Tegel akurat, żeby zdążyć na check-in. Droga jednak mnie zmęczyła, bo tylko w autobusie chwilę pospałem, więc gdy tylko usiadłem w samolocie, natychmiast przysnąłem. Gdy otworzyłem oczy i spojrzałem na zegarek zdziwiłem się, że jeszcze nie wystartowaliśmy. Dopiero po chwili zorientowałem się, że już dawno lecimy. Pierwszy raz w życiu przespałem start. Według rozkładu w Stambule na Atatürk Havalimanı miałem 1,5 h na przesiadkę. Jednak kolejka do kontroli paszportowej była tak koszmarna, że gdy już znalazłem swój bagaż, musiałem dzikim galopem pędzić przez całe lotnisko na domestic, wpadając na ostatnich ludzi wchodzących już do samolotu do Van. Ja jednak nie lubię tego lotniska. Van zrobiło na mnie takie sobie wrażenie. Pierwszym widokiem, jaki ujrzałem przez okno kołującego samolotu był czołg jadący wzdłuż pasa. Gdy wychodziłem z lotniska nad miastem przeleciał wojskowy helikopter. Chyba jednak jest tu nerwowo. Miasto, na tyle, na ile udało mi się na razie zobaczyć, jest dość paskudne, zatłoczone i zakurzone. Zanim zdołałem wymienić walutę, naprawić GPS-a i coś zjeść, upłynęło tyle czasu, że gdy dotarłem na dworzec autobusowy okazało się, że bezpośrednio do Diyadin już dziś nie dojadę i muszę próbować przez Ağrı. Co gorsza, autobus mam dopiero za 4h, ale chyba nie mam innej alternatywy. Trzeba jednak przyznać, że choć miasto brzydkie, to ludzie mili. Najpierw jeden człowiek, zapłacił za mnie za autobus do centrum, gdy się zorientowałem, że nie mam gdzie wymienić dolarów na liry, potem w kafejce internetowej nic nie zapłaciłem, gdy okazało się, że nie mają wydać z banknotu 100 YTL. Wszyscy na razie sympatyczni i uczynni, tylko mało kto włada angielskim, więc dogadać się ciężko. Siedzę teraz na obskurnym dworcu i siorbię herbatę jedną za drugą. Na dworze zanosi się na burzę i wiatr rozwiewa tumany kurzu. Coś jeszcze nie mogę przestawić się na tryb podróżny, bo ciągle się spieszę i denerwuję, że nie mogę jechać dalej. Ale widać jeszcze nie zeszło napięcie pierwszego dnia. 12.09. Ağrı No, dziś był konkretny dzień. Z Van dotelepałem się do Ağrı w samym środku nocy. Gdy autobus odjechał, zorientowałem się, że jestem w samym środku niczego. Pusto, absolutnie ciemno i ani żywego ducha. Tylko zimny wiatr zawodzi wśród resztek straganów. Ponieważ nie miałem pojęcia, gdzie szukać jakiegoś hotelu, zacząłem rozkładać stoły stojące przed jakimś barem, żeby się na nich przespać. Wtem z budynku wychynął jakiś człowiek. Zapytałem go, czy mogę spędzić resztę nocy we wnętrzu, bo na lodowatym wietrze nie chciało mi się czekać do rana. Ten nie tylko się zgodził, ale nawet udostępnił mi swój kantorek z kanapą, bo on całą noc musiał być na nogach odprawiając autobusy. O dziwo, człowiek ten rozumiał angielski i dość sprawnie wypowiadał się po francusku. O 7 rano zapakowano mnie do autobusu do Diyadin. Ta mała i szpetna dziura na samym końcu bocznej drogi, jest zadziwiająco ruchliwym centrum handlowym. A bałem się, że niczego tu nie dostanę. Wpadłem tu jeszcze do kafejki internetowej, żeby spróbować przywrócić pełnię funkcjonalności GPS-a. Niestety pierwsza próba update'u skończyła się całkowitą śmiercią urządzenia. Skutkiem tego spędziłem dwie godziny połączony on-line z Polską, gdzie nieoceniony kolega M. stawał na głowie, żeby pomóc mi to truchło ożywić. W końcu po serii nieudanych prób, kiedy już resztki plików systemowych usunąłem z urządzenia tak, że przestało reagować na jakiekolwiek komendy, udało się znaleźć rozwiązanie. Drżącymi rękoma uruchomiłem skrypt wczytujący nową wersję oprogramowania. Wokoło zebrała się już spora grupka klientów kafejki, dzielnie mi kibicujących. Gdy pasek postępu doszedł do końca i pojawił się pytanie, czy można zakończyć operację... w budynku wyłączono prąd. Dobrze, że tubylcy nie rozumieli tego, co wówczas mówiłem, ale przypuszczam, że się domyślali… Okazało się, jednak że proces zakończył się powodzeniem, a GPS został postawiony znów na nogi. Po tym wszystkim zostało mi już tylko wstąpić na jakiegoś kebaba, kupić jedzenie na drogę i można było schodzić do rzeki. Murat w Diyadin faktycznie płynie dnem szerokiego, pięknego kanionu. W tym miejscu jest dość bystrą, górską rzeczką o trudnościach ok. WW II. Niestety już tu ma barwę kawy z mlekiem. Gdy tylko zacząłem rozkładać łódź, przyplątała się para dzieciaków. Tu muszę nadmienić, że tureckie dzieci na wsi potrafią być wyjątkowo irytujące. Mogą stać nad człowiekiem kilka godzin (sic!) i ciągle wykrzykiwać na przykład jedno i to samo pytanie, nie zrażając się tym, że nie uzyskują odpowiedzi. Jeśli jest ich więcej (a często tak bywa), potrafią zamęczyć. W końcu wystartowałem. Ledwo zdążyłem pokonać kilka zakrętów rzeki, próbując przyzwyczaić się do kierowania mocno obciążoną łodzią, gdy zobaczyłem gwałtowny zakręt, wbijający nurt pod przewieszoną skałę. Zareagowałem zbyt późno i w jednej chwili znalazłem się pod wodą. Wściekły wygramoliłem się, wyciągnąłem łódź na brzeg, wylałem wodę, ale doszedłem do wniosku, że jeśli teraz zacznę się suszyć, to nie przepłynę dziś ani kilometra. Dopiąłem więc tylko kamizelkę, żeby choć trochę ochroniła od zimnego wiatru, wcisnąłem mokry kapelusz na głowę i popłynąłem dalej. Zaraz za Diyadin rzeka ma charakter górski, z silnymi bystrzami, szachownicami głazów w nurcie. Generalnie nie miałem chwili na podziwianie widoków, bo dłuższy czas musiałem walczyć z prądem. Dopiero za drugim mostem rzeka się trochę uspokoiła, rozlewając się szerzej. Przez to jednak zaczęły się liczne płycizny, zmuszające do częstego wychodzenia do wody i przeciągania łodzi. Pod wieczór zrobiło się już naprawdę zimno, więc gdy zobaczyłem z daleka minarety wsi Taşteker Köyü postanowiłem tu zanocować. Za mostem dobiłem do brzegu i zapytałem na migi o pozwolenie ludzi we wsi, a gdy potwierdzili zacząłem rozbijać namiot i szykować się do nocy. Ledwie się jednak ściemniło, przyszedł do mnie muhtar (tur.: sołtys) i siadł sobie w pobliżu wyglądając, jakby na coś czekał. Po chwili na moście prowadzącym do wsi pojawił się wojskowy wóz terenowy. Muhtar grzecznie wskazał wojakom mój namiot. Dowódca patrolu nie mówił wprawdzie po angielsku, ale dość dobitnie pokazał mi, że mam się stąd zwijać i jechać z nimi. Pół wsi się zbiegło, żołnierze z długą bronią stali nade mną jak sępy, gdy przy czołówce składałem cały majdan. Wsadzili mnie potem do pojazdu, jeden siadł na wieżyczce za karabinem, co chwila przeczesując okolicę i pojechaliśmy. Zawieźli mnie pod bazę, tam stanęli ze mną przy drodze, zatrzymując wszystkie jadące pojazdy. Gdy w końcu jeden jechał do Ağrı, wsadzili mnie do niego. W sumie byli nawet sympatyczni. Tłumaczyli, że w tych górach działa PKK i partyzanci mogli by chcieć mnie zabić. Nie chciałem się już wdawać w dyskusję, że PKK pewnie chętniej ich by wystrzelała niż mnie. W ten sposób po całym dniu znów wylądowałem w Ağrı, gdzie na koniec udało mi się znaleźć tani hotel. 13.09. tuż przez Tutak Rano pozbierałem niedosuszone klamoty, spakowałem się i dotarłem do miejsca, gdzie Murat łączy się ze sporym dopływem. Tym razem przez nikogo nie niepokojony rozłożyłem łódź i spuściłem na wodę. Tu rzeka była już zdecydowanie szersza, choć nadal zdarzały się płycizny. Parę kilometrów za Ağrı dominował jeszcze krajobraz industrialny: jakieś żwirownie, cementownie itp. Potem zaczęły się pola i niekiedy wioski. W końcu pojawiły się góry i pierwszy przełom, a z nim bystrza. W tej burej, nieprzejrzystej wodzie bardzo ciężko jest wypatrzeć przeszkody, więc właściwie ciągle trzeba śledzić ślady na powierzchni wody, interpretować każdą falę, bo nigdy nie wiadomo, co jest pod spodem. Tym razem obyło się bez wywrotki, ale niektóre bystrza były naprawdę spore i trudne. Po jakimś czasie nurt się jednak uspokoił, a na brzegu pojawił się ciężki sprzęt budowlany. Gdy podpłynąłem jeszcze kawałek okazało się, że rzekę blokuje tu niewielkie spiętrzenie, za którym trwa budowa dużego mostu. Przy okazji rekonesansu pogadałem z robotnikami, którzy zaprosili mnie na herbatę. Wąski przesmyk pozostawiony pod mostem był dość trudny, bo spiętrzona woda mocno biła o duże głazy w nurcie, a do tego tuż nad wodą wisiał pęk grubych kabli. Postanowiłem jednak zaryzykować. Przymierzyłem się uważnie, żeby się nie zbłaźnić przed robotnikami, którzy utworzyli na brzegach małą widownię i… hooop, prześlizgnąłem się przez przeszkodę. Dalej na przemian były bystrza i płycizny. Krajobraz wokoło piękny, tylko od mostu wzdłuż rzeki pojawiła się ruchliwa droga łącząca Tutak z Ağrı, więc ryk silników ciężarówek nieco mącił spokój. Zaczęło się już robić późno, a ja jakoś nie mogłem znaleźć dobrego miejsca na nocleg. Nie chciałem rozbijać się przy samej drodze, a akurat tutaj rzeka przez wiele kilometrów płynęła ciasną doliną tuż koło szosy. Zaczęło się już zmierzchać, gdy zobaczyłem wieś. Wyszedłem na brzeg i zaczepiwszy grupkę mężczyzn zapytałem, czy mogę się rozłożyć namiotem koło zabudowań. Ci jednak z uporem godnym lepszej sprawy zaczęli mnie przekonywać, że powinienem płynąć jeszcze 6-7 km, gdzie ponoć jest restauracja. Cóż było robić, zebrałem się wściekły, bo wiedziałem, że nie dopłynę tam przy świetle dziennym, a rzeka nadal miała spore bystrza. Nie było już prawie nic widać, gdy na brzegu zobaczyłem światła zabudowań. Okazało się, że to stacja benzynowa. Tym razem tubylcy okazali się łaskawsi. Przydzielili mi pustą naczepę tira, na której rozłożyłem sobie namiot i cały majdan do suszenia, bo fale na bystrzach kompletnie mnie przemoczyły. Potem jeszcze posiedziałem z nimi przy herbacie, korzystając z tego, że dwóch chłopaków studiujących w Stambule prawo władało angielskim. Stację prowadził chyba ich ojciec, który dawniej jeździł na tirach po całym Związku Radzieckim, z czego był bardzo dumny. Generalnie był to jeden z typowych tu rodzinnych interesów, gdzie całe masy kuzynów i pociotków (zazwyczaj płci męskiej) zajmują się nie wiadomo czym. 14.09. gdzieś w polu (na wysokości wsi Ergeçidi) Dziś rano długo zbierałem się odjazdu. Zaszedłem jeszcze na stację, pogadałem, popiłem herbaty, w końcu kupiłem chleb i wodę i ruszyłem na rzekę. Kilometr dalej pojawiło się miasteczko Tutak. Niestety nie było jak zostawić łodzi, więc wyszedłem tylko na kilka minut kupić paprykę i gruszkę, żeby uzupełnić zapas witamin w moim menu. Zaraz za miasteczkiem miały pojawić się pierwsze poważne bystrza, więc bardzo starannie zapakowałem łódź, żeby w razie czego nic nie popłynęło. O tych bystrzach opowiadano mi już wcześniej na stacji, ilustrując opowieść wymownym gestem przeciągania kantem dłoni po grdyce. Pierwsza katarakta pojawiła się na tyle niespodziewanie, że ledwo zdążyłem przed nią dobić do brzegu. Po krótkim badaniu doszedłem jednak do wniosku, że prawą stroną dam chyba radę się prześlizgnąć. To było jak jazda na zjeżdżalni. Na szczęście nurt wyprowadził mnie pod skałami zamykającymi z boku koryto. Wyskoczyłem w fale kotłujące się na dole, pochlapało trochę, ale już było po wszystkim. Dalej rzeka wpłynęła w puste, górzyste okolice. Wreszcie wokoło było cicho i ani żywej duszy. Dopłynąłem do kolejnej katarakty. Tu rekonesans pokazał, że nie mam szans na przepłyniecie cało. Dość sprawnie jednak rozpakowałem kajak, przeniosłem całość poniżej progu i popłynąłem dalej. W tej części rzeki koryto biegnie jeszcze między niewysokimi górami, by po chwili wypłynąć na szeroką, płaską równinę usianą wioskami. Ponieważ słońce prażyło niemiłosiernie, postanowiłem wejść do którejś ze wsi, poprosić o wodę. Przy pierwszych zabudowaniach koło których się zatrzymałem trafiłem na kilkoro staruszków, którzy nalali mi trochę wody z pompy, ale człowiek, który się zaraz potem pojawił zaczął wypytywać, czy mam co jeść. Gdy powiedziałem, że mam kawałek chleba, paprykę i oliwki, zaciągnął mnie do siebie, posadził w cieniu nieopodal domu i kazał czekać. W tym czasie mogłem podziwiać jego faktycznie imponujący, nowiutki traktor Massey Ferguson. Dziwne wrażenie robił w maleńkiej, ubogiej, kurdyjskiej wiosce. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy zobaczyłem u mojego gospodarza iPhone 4, na którym pokazywał mi dalszy bieg rzeki za pomocą google maps. Po dłuższym czasie przyszła do nas młoda, ładna dziewczyna, niosąc ogromną tacę wypełnioną jedzeniem. Czego tam nie było: pieczony kurczak z ryżem i odrobiną wściekle pikantnego sosu, chleb, cacık (wym.: dżadżyk - sos jogurtowy z zieleniną), warzywa i marynaty. Aż mi się głupio zrobiło. Szkoda tylko, że mój gospodarz mówił tylko po turecku i kurdyjsku, ale i tak wytłumaczył mi, że jest Kurdem, że tu jest Kurdystan, a on jest w PKK (nie wiem, jak to należało rozumieć). Chciał, żebym u niego został na noc, co było bardzo kusząca propozycją, ale było dopiero przed 16, więc sporo jeszcze dnia zostało do przepłynięcia. Dalej rzeka rozlewała się szeroko. Znów ciężko było płynąć, bo w zachodzącym słońcu świecącym prosto w oczy czasem nie można było się zorientować, w którą z odnóg należy wpłynąć, żeby nie trafić na mielizny. W końcu już o zmierzchu znalazłem sobie niewielki, płaski kawałek trawy na brzegu i rozbiłem namiot. 15.09. Malazgirt Dziś cały dzień płynąłem szeroką doliną. Rzeka nieskończenie meandruje, kluczy, rozlewa się szeroko. Czasem nie wiadomo, gdzie płynąć, którą odnogę wybrać, bo z poziomu kajaka na tych równinach nic nie widać. Kilka razy zapchałem się w jakieś wąskie koryta i musiałem długie odcinki przeciągać łódź przez płycizny. Każdego dnia rzeka jest kompletnie inna i rozwiązania dobre wczoraj, dziś zawodzą. Bystrzy już nie ma, fala niewielka, ale trzeba wypatrywać specyficznych zmarszczek na wodzie, świadczących o płyciznach. Na szerokiej równinie za którymś zakrętem dostrzegłem na horyzoncie wielką, samotną górę. Ewidentnie wulkan, ze szczytem jeszcze pokrytym śniegiem. W głowę zachodziłem, co to za szczyt, ale kompletnie nie potrafiłem go skojarzyć z niczym znanym. Dopiero po kilku godzinach dotarło do mnie, że to musi być stary znajomy Süphan Dağı. Nie sądziłem, że go jeszcze zobaczę, a tym bardziej od drugiej strony. Ponieważ zaczęła mi się kończyć woda, zatrzymałem się koło małej wioski uwieszonej na skarpie nad brzegiem rzeki. Biedna to była wieś: kilka rozsypujących się chałup, sterty suszonego nawozu i jeden meczet. Miałem cichą nadzieję, że może uda mi się kupić lub dostać coś do jedzenia, bo z zapasów zostało mi tylko pół chleba, trochę oliwek i ogryzek kiełbasy. Na jednym z podwórek dojrzałem siedzących mężczyzn. Zaszedłem do nich, Allaha pochwaliłem, zapytałem o wodę. Oczywiście nalali mi pełną butlę, posadzili przy herbacie i wypytali kto i po co. Jak zwykle zdziwieniom nie było końca. W pewnym momencie padło pytanie, czy łowiłem ryby, na co ja zgodnie z prawdą odparłem, że nie mam wędki. Wówczas jeden z tubylców wręczył mi zawiniątko. To była sieć na długiej żyłce, powszechnie używana tu do połowów. W skrytości ducha mało się nie poskładałem ze śmiechu, bo jak by nie było, chciałem dostać rybę, a dostałem wędkę. No ale w końcu dopłynąłem do Malazgirtu. Z mapy wynikało, że miasto położone jest kilka kilometrów od rzeki, więc zacząłem sobie łamać głowę, jak się do niego dostać, bo koniecznie musiałem zrobić zakupy. Za Malazgirtem mogłem nie dostać już nic do jedzenia, a nawet z wodą miałbym problem. W końcu wymyśliłem, że gdyby była możliwość zostawienia łodzi na noc, gdzieś blisko mostu, to może bym się zatrzymał wreszcie w hotelu. Plan wydał mi się na tyle dobry, że przystąpiłem do realizacji. Po wyjściu na most zobaczyłem stację benzynową. Wszedłem do środka, i dalej tłumaczyć właścicielowi, że ma mi przechować kajak przez noc. Ponieważ kompletnie nic nie mógł zrozumieć i ciągle powtarzał, że nie wie, skąd mogę wypożyczyć kajak, zaciągnąłem go nad rzekę, pokazałem mu moją własną jednostkę pływającą i wtedy nastąpiło olśnienie. We dwóch zanieśliśmy wiec kajak na stację, złożyliśmy w biurze, a kolega właściciela (bo już zrobiło się zbiegowisko) zawiózł mnie do hotelu. Niestety dopiero na recepcji dogadaliśmy się, że szukałem najtańszego, a nie najlepszego hotelu w mieście. Próbując wybrnąć z tej sytuacji zaczął tak mi pomagać w negocjacjach, że z 70 zeszliśmy do 40 lirów. No, tego mi było trzeba. Wykąpałem się i postanowiłem ruszyć na miasto, żeby zjeść porządną kolację. W holu jednak zdybali mnie recepcjonista ze swoim kumplem i stwierdzili, że idą razem ze mną. Najpierw zaciągnęli mnie na będący ozdobą miasta zamek z czasów bizantyjskich, gdzie przy herbacie wdaliśmy się w długą dyskusję. Wytłumaczyli mi, że właściwie całe Malazgirt jest czysto kurdyjskie, nie licząc przysłanych tu przez rząd nauczycieli, policji i władz lokalnych. Bardzo ciepło wypowiadali się o PKK i generalnie czuć było sporo goryczy w ich słowach, gdy opowiadali o tureckiej polityce wobec Kurdów. Na koniec wytłumaczyli mi, że wieczorem pójdziemy razem na wesele ich kolegi. Przyjęcie odbywało się na obrzeżach miasta. Trochę się bałem, gdy błądziliśmy po nieoświetlonych zaułkach, ale w końcu dotarliśmy do domu, na podwórzu którego zebrał się spory tłumek. Przedstawiono mnie panu młodemu i rodzicom jako Turystę-z-Polski. Wycałowano mnie, posadzono na jednym z krzeseł rozstawionych dookoła podwórza. W rogu siedziała obstawiona wzmacniaczami i głośnikami kapela, złożona z klawiszowca, dwóch śpiewaków i człowieka grającego na tamburze. Zebrani mężczyźni w większości ubrani byli w garnitury a kobiety w chusty i długie suknie. W pewnym momencie na środek placu wyszło paru mężczyzn, chwyciło się za ręce i stojąc w rzędzie twarzą do środka placu zaczęło tańczyć drobnymi krokami. Pierwszy z nich trzymał w ręku zieloną chustę, którą wywijał do taktu. Co chwila dołączali do nich inni. Korowód poruszał się w takt muzyki bokiem po obwodzie koła. Trzy kroki w przód, dwa w tył. Zdziwiło mnie, jak wszyscy dobrze znali kroki. Jak mi wytłumaczono, mężczyźni zawsze tańczą osobno, a kobiety osobno, przeciwnie niż Turcy, którzy tańczą razem z kobietami. Przy jednej z szybszych piosenek poderwało się do tańca szczególnie dużo osób. Podczas refrenu wszyscy jak jeden mąż podnosili w górę ręce w geście zwycięstwa. Poprosiłem o wytłumaczenie - "to piosenka PKK" - padła odpowiedź. W przerwie między tańcami na środku podwórza posadzono pana młodego. Na szyi powieszone miał coś na kształt stuły. Zaczęły wybuchać sztuczne ognie, race, sypało się konfetti. Goście podchodząc do niego przyczepiali mu szpilkami do garnituru zwitki banknotów. 16.09. za wsią Rüstemgedik Rano wyniosłem się z hotelu po siódmej. Nie przewidziałem jednak, że jest niedziela i wszystko jest jeszcze zamknięte, a potrzebowałem zjeść śniadanie i zrobić zakupy na dalszą drogę. Gdy tak miotałem się od jednego do drugiego zamkniętego sklepu, wypatrzył mnie jakiś człowiek z herbaciarni. Posadził koło siebie, herbatą napoił, wypytał o wszystko, po czym zaprowadził do jadłodajni na śniadanie. Było to coś w stylu baru szybkiej obsługi, gdzie wszyscy jedli jedno i to samo danie: çorbę. W tym wypadku była to smaczna i pożywna zupa krem na bazie jakiejś rośliny strączkowej (być może cieciorki), podana z cytryną i dużą ilością bagietki. Kurd nie pozwolił mi za siebie zapłacić, za to zabrał mnie do taksówki i zawiózł nad rzekę. Tu jeszcze musiałem wykonać obowiązkowe zdjęcie z całą rodziną właściciela stacji, po czym spakowałem kajak i ruszyłem dalej. Rzeka za Malazgirtem zupełnie już traci impet. Co ciekawe, jest też zdecydowanie czystsza niż za Ağrı, gdzie przez wiele kilometrów brzegi a zwłaszcza drzewa i krzaki upstrzone były dużą ilością worków foliowych i innego świństwa (choć i tu zaraz za miastem trafiłem na zdechłą krowę w nurcie). Teraz Murat rozlewa się szeroko po równinie, wijąc się ogromnymi meandrami, co chwila rozdzielając się i łącząc. Właściwie z poziomu kajaka nic nie widać, bo brzeg wystaje 1-2 m ponad wodę, a teren jest nizinny, więc widoki ograniczają się do brzegu i gór na horyzoncie. Jedynym urozmaiceniem są stada bydła i znudzeni pasterze, upierdliwie nawołujący za mą w swoim języku. Natomiast w wodzie i na brzegu toczy się bujne życie. Ryb jest tyle, że nie tylko skaczą, ale nawet zdarzyło mi się uderzyć jedną wiosłem. Gdy się podpływa do brzegu, do wody skaczą całe stada żółwi. Natomiast skarpy brzegu całe są podziurawione gniazdami ptaków, chyba gołębi. Koło południa zacząłem rozglądać się za wsią, gdzie mógłbym uzupełnić wodę. W końcu wypatrzyłem wysoki minaret wsi Rüstemgedik, położonej na wysokiej skarpie nad samą rzeką. Wziąłem butelkę i poszedłem do wsi. Wielki, nowy meczet bardzo kontrastował z maleńkimi, biednymi chatami, obłożonymi stertami suszonego nawozu. Przeszedłem przez jakieś podwórza, aż w końcu spotkałem kobietę. Zapytałem o wodę, a gdy się upewniłem, że jest zdatna do picia, uzupełniłem zapasy. Wtedy ona zapytała, czy nie jestem głodny. Zgodnie z prawdą przytaknąłem. Kobieta zawołała mężczyznę. Musiałem zaprezentować kajak, po czym poszliśmy do ich domu. Był to mały, murowany budynek z drewnianym stropem. Ubogi, lecz czysty i porządny. Na honorowym miejscu stał telewizor LCD, na podłodze leżały dywany i poduszki. Ja z gospodarzem siedliśmy do dywanie, a gospodyni z najstarszą córką zabrały się za posiłek. Najpierw podano pyszny, świeży ajran, potem na wielkiej tacy jajecznicę, chleb, ser, herbatę, a na koniec arbuza. Wszystko wyśmienite. Jedliśmy tylko ja, gospodarz i jego syn. Kobiety siadły obok, ale uczestniczyły w rozmowie. Sprawiłem im dużo radości robiąc im rodzinne zdjęcia, a każdemu z osobna portrety. Stary Kurd dużo opowiadał, w czym kompletnie nie przeszkadzała mu bariera językowa. Standardowo narzekał na los Kurdów w Turcji, choć przyznał, że dwóch synów wysłał na uniwersytet do Stambułu. Pokazywał, jak ostatnie trzęsienie ziemi uszkodziło mu dom. Po kolei uczył mnie różnych słów po turecku i kurdyjsku. W sumie wszyscy się dobrze bawili, a gospodyni i córka trochę podkpiwały z jego popisów lingwistycznych. Przy pożegnaniu dostałem jeszcze wałówkę na drogę, po czym wszyscy odprowadzili mnie do kajaka. Długo jeszcze widziałem na skarpie machającą gromadkę... 17.09. wieś nad zalewem Alpaslan I Spać położyłem się w szczerym polu, bezpośrednio nad brzegiem rzeki, gdzieś za Rüstemgedik. Wieczorem widziałem jeszcze niedaleko światła traktora, ale przypuszczałem, że na tych ogromnych przestrzeniach raczej nikt mnie nie najdzie. Tak więc trochę mnie zdziwiło, gdy rano zobaczyłem zbliżające się w moją stronę spore stado kóz prowadzone przez pasterza. Po chwili przyszedł drugi, z ogromnym psem. Zaczęło się wypytywanie. W sumie sympatycznie się "gadało". Pokazali mi, jak łowić ryby tutejszym sposobem, zrobili çaban çay, stawiając czajnik na zmyślnym kopczyku z suszonego łajna. Patrząc na nich bardzo wyraźnie mogłem sobie uświadomić, jak niewiele człowiek potrzebuje, aby normalnie funkcjonować. Oni mieli ze sobą tylko tyle, ile mieściło się w dwóch sakwach wiszących na ośle. Czajnik, coś do jedzenia, zmyśla kołdra-śpiwór i to wszystko. Ja zaś miałem ze sobą kilkanaście kilogramów sprzętu. W takich chwilach łatwiej zrozumieć, co to znaczy być niewolnikiem rzeczy. Ja ciągle się bałem, żeby mi kozy nie zjadły namiotu, żeby ktoś mi czegoś nie skradł itp. Oni spokojnie dawali sobie radę bez tego balastu, bez którego ja już chyba nie potrafiłbym funkcjonować. Dzień był upalny, rzeka wiła się ogromnymi zakolami, trochę zrobiło się nudno. W pewnym jednak momencie, zza któregoś zakrętu wychynęło nieduże pasmo górskie przegradzające rzekę. Zaczął się przełom. Pierwsze kilka bystrzy przeszedłem bezboleśnie, ale w kolejnym dostałem wiadro wody do kokpitu. Cały mokry dobiłem do brzegu, żeby usunąć wodę. Potem kolejne bystrze i kolejne. Po pewnym czasie jednak teren się położył i za ruinami starego mostu zobaczyłem początek zalewy Alpaslan. Moją uwagę zwróciła zmiana koloru wody. Dotychczas Murat miał kolor szarobury. Teraz woda zrobiła się zielona. Ucieszyłem się, bo już dawno miałem ochotę na kąpiel. Jednak po bliższym przyjrzeniu się zrozumiałem, że to drobne glony zmieniają kolor wody. Im dalej, tym było ich więcej, a przy brzegu woda wyglądała już jak zupa szczawiowa. Ponieważ nie miałem szans dopłynąć przed zachodem do tamy, wypatrzyłem ludzi na brzegu i tam się skierowałem. Zapytałem, czy nie będzie problemem, jeśli się tu rozbiję. Pokiwali głowami, ale gdy zabrałem się za rozpakowywanie kajaka nadszedł stary człowiek z młodym chłopakiem. Młody wytłumaczył mi łamaną angielszczyzną, iż wolą starego jest, abym się udał do jego domu. Wziąłem więc cały sprzęt, kajak zostawiając na brzegu i pomaszerowałem za nimi pod górę. Stało tam kilka ubogich chałup. Weszliśmy do jednej z nich. Stary okazał się być głową sporej rodziny, złożonej z kilkunastu osób. Posadzono mnie w "salonie" na podłodze wyłożonej dywanem. Oprócz mnie siadło jeszcze kilku mężczyzn, przedstawionych mi jako synowie gospodarza. Kobiety wniosły tace z jedzeniem i zniknęły za drzwiami. Podano gęsty jogurt, mięso, pomidory i chleb. Mięso, jak mi wyjaśniono, należało do barana, ale smak wskazywał, że zwierzak musiał umrzeć w wyjątkowo podeszłym wieku. Rozmowa przy stole nie kleiła się, bo nikt z obecnych nie znał nawet słowa w innym języku niż turecki lub kurdyjski. Przez porównanie z poprzednim domem naszła mnie refleksja, iż nie każdy posiada dar dogadywania się bez znajomości wspólnego języka. Z poprzednim gospodarzem rozumiałem się świetnie, z tym natomiast kompletnie nie potrafiliśmy się dogadać. Po kolacji salon zamieniono na sypialnię, w której położono tylko mnie i mocno chrapiącą głowę rodziny. 18.09. za tamą Alpaslan I Zbudzono mnie o 5, bo gospodarz postanowił się pomodlić. Swoją drogą ciekaw jestem, skąd wiedział kiedy, bo w okolicy muezina słychać nie było. Wcześnie więc zjedliśmy śniadanie w towarzystwie rozpuszczanych przez dziadka wnuków, po czym zebrałem się do drogi. W pobliżu tamy zalew prowadził monumentalnym kanionem. W promieniach porannego słońca pionowe, skalne ściany robiły przytłaczające wrażenie. W końcu dotarłem do zapory. Wylądowałem koło rybaków pakujących hodowlane pstrągi na ciężarówkę i poszedłem przyjrzeć się tamie. Na górze spotkałem dwóch uzbrojonych w długą broń strażników. Pogadaliśmy, po czym wróciłem do kajaka. Kierowca ciężarówki po krótkiej rozmowie zaproponował mi, ze mnie zawiezie na druga stronę tamy, co przyjąłem z ogromną wdzięcznością, bo do obejścia był ogromny kawał. Załadowaliśmy łódź na pakę i już mieliśmy ruszać, gdy nadeszło kilku strażników. Zaczęli wypytywać, oglądali paszport. W końcu, po dłuższych negocjacjach telefonicznych stwierdzili, że muszą mnie pokazać na posterunku jandarmy. Wsadzili kajak na pick-up'a i ruszyli na sąsiednie wzgórze. Na wzniesieniu górującym nad tamą stała potężnie ufortyfikowana jednostka jandarmy. Z jednej strony stał okopany czołg, z drugiej transporter. Do tego stanowiska karabinów i moździerzy obłożone workami z piaskiem. Przyszło kilku mundurowych i zaczęło się kolejne wypytywanie. W sumie byli bardzo sympatyczni, kilku oficerów dobrze mówiło po angielsku, więc nawet miło mi się u nich siedziało, jednak po jakimś czasie oświadczyli, że "powinienem" poczekać na oficera, który przyjedzie aż z Muş, co może zająć ze 2 godziny. Dla zabicia czasu sporo porozmawialiśmy. Oni byli ciekawi mojej podróży, ja realiów życia tureckiej armii. Nakarmiono mnie razem z oficerami, którym usługiwali młodzi rezerwiści. Wreszcie przyjechał oficer, a właściwie czterech. Zrobiło się małe przesłuchanie, choć w przyjaznej atmosferze. Z godzinę jeszcze oglądali mój paszport i bilety lotnicze, aż w końcu podziękowali i uznali sprawę za zakończoną. Następnie jeden z oficerów kazała włożyć mój dobytek na ciężarówkę, zawieźli mnie pod eskortą nad rzekę, wyściskali i życzyli udanej podróży. Ledwo ochłonąłem po spotkaniu z armią, zaczęły się nowe problemy: bystrza tak duże, jakich jeszcze nie było. Na tym odcinku Murat niesie już na tyle dużo wody, że bystrza zamieniają się w prawdziwą kipiel, z falą dochodzącą nawet do metra. Zaczęła się prawdziwa walka. Najpierw próbowałem płynąć bez fartucha, ale gdy któryś raz z rzędu musiałem się zatrzymać i opróżniać kompletnie zalany kajak, założyłem fartuch, co też w sumie niewiele dało. Co gorsza, już spuszczając łódź na wodę zorientowałem się, że jeden szew puścił i kajak mocno się odkształcić. Teraz więc z duszą na ramieniu przebijałem się przez kolejne progi krzywym, zalanym kajakiem. Otoczenie natomiast zapierało dech w piersiach. Skalny kanion porośnięty był przy brzegu soczyście zieloną trzciną. Nad tym piętrzyły się dziwaczne formacje skalne. Było pięknie lecz groźnie. Wreszcie, tuż przed zachodem słońca, zatrzymał mnie kolejny, duży próg, którego nie byłem w stanie przepłynąć. Wyszukałem więc między głazami na brzegu kawałek płaskiego i rozbiłem namiot. 19.09. niedaleko wsi Mercimekkale Rano dalszy ciąg walki z bystrzami. Na początku jakoś mi szło, ale na jednym z progów tuż przed kluczowymi trudnościami psycha mi siadła i zacząłem próbować przybijać do brzegu. Silny nurt momentalnie mnie obrócił i zanim się zorientowałem już byłem w wodzie. Potelepało mną po kamieniach, bo pędząca woda nie pozwalała stanąć na nogi. Wreszcie wygramoliłem się na jakiś głaz i rozejrzałem. Na szczęście nurt zepchnął łódź w stronę brzegu, a wiosło unosiło się stosunkowo blisko. Podpłynąłem więc i pozbierałem wszystko po kolei. Obyło się bez strat, ale po odwróceniu kajak był pełen wody. Potem kolejne bystrza, tym razem już w fartuchu, więc nie zalewało mnie kompletnie, ale i tak co jakiś czas musiałem się zatrzymywać, żeby wylać wodę. Po jakimś czasie bystrza jednak ustąpiły a woda się uspokoiła. Wreszcie wzgórza wokół rzeki obniżyły się, a woda przestała się kotłować. Teraz płynęło się bardzo dobrze, bo choć trzeba było uważać na głazy wystające z wody, to nurt niósł wartko, ale stabilnie. Chwilę spędziłem jeszcze na brzegu zaczepiony przez pasterzy. Tym razem jeden chłopak znał kilka słów po angielsku, ale przede wszystkim okazał się wyjątkowo bystry. Nie dość, że w lot łapał wszystko, to jeszcze dokładnie mi pokazał, jak dalej płynąć w wątpliwych miejscach. Dalej rzeka rozlewała się już szeroko, a nurt niemal zanikł. Niestety zaczęło silnie wiać w nos, więc wiosłowanie stało się wyjątkowo uciążliwe. Wpłynąłem też w obszar mocno zmieniony przez człowieka. Tuż obok rzeki ciągnęła się ruchliwa droga, kilometrami widać było jakieś wielkie roboty ziemne, dziesiątki maszyn budowlanych przerzucało masy ziemi i skał. Pewnie wymyślili jakąś nowa zaporę, jakby tych było mało. Dotarłem wreszcie do progu wodnego przed Muş, zwanego szumnie Alapaslan II. W miejscu gdzie wylądowałem, aby przyjrzeć się obejściu, siedziała grupka elegancko ubranych i nażelowanych typków. Niestety poza Hello i Where are you from nic nie potrafili z siebie wydobyć, być może dla tego, że byli już nieźle upaleni ziołem, które przyjmowali za pomocą jakiegoś dziwnego rozwiązania przypominającego fajkę wodną, zmontowanego przy pomocy dwóch butelek PET. Próg okazał się łatwy do obejścia. Patrząc jednak z dołu, dobrze rozumiałem, czemu w niemieckim opisie ostrzegano przed próbami skakania z niego. Z góry wyglądał niegroźnie: łagodnie płynąca woda po prostu płynnie znikała za krawędzią. Potem jednak opadała pionowo kilkanaście metrów, co nie dawało większych szans na przeżycie. 20.09. Muş Dzisiejszy dzień zaczął się paskudnie. Gdy włączyłem rano GPSa na ekranie zobaczyłem tylko napis system software missing. Czyli urządzenie znów padło. Niestety przede mną góry trochę strach pchać się tam mając do dyspozycji tylko mapy sprzed 50 lat. Tak więc rad, nie rad, postanowiłem ruszyć do Muş i spróbować znów przywrócić życie urządzeniu. Szukając dogodnego miejsca do lądowania dopłynąłem aż do słynnego, seldżuckiego mostu koło Muş. Zdziwiłem się, bo na zdjęciach most był pozbawiony środkowego przęsła, a przede mną stała kompletna konstrukcja. Żeby było śmieszniej, jest on teraz niemiłosiernie krzywy - pytanie, czy taki był, czy wyszło podczas rekonstrukcji... W restauracji koło mostu zostawiłem cały swój dobytek i stopem pojechałem do miasta. Niestety naprawa potrwała aż do 15, więc dla podreperowania psyche postanowiłem zatrzymać się w hotelu. 21.09. wieś Eralani Rano zabrałem się z hotelu i poszedłem w kierunku rzeki. Dość szybko udało mi się złapać stopa, a uczynny kierowca chyba nadłożył drogi, żeby podwieźć mnie na sam most. Obsługa restauracji jeszcze spała, więc po prostu spakowałem łódź i popłynąłem w dół rzeki. Za Muş Murat płynie bardzo leniwie, zataczając ogromne zakola. Teren jest tu płaski, pozbawiony prawie drzew, a wioski, choć liczne, są mocno odsunięte od rzeki. W sumie to nie dziwi, bo pewnie przed powstaniem tam, powodzie były tu utrapieniem. Na tej równinie z rzeki widać niewiele, tym bardziej, że na zakrętach (czyli stale) zewnętrzne brzegi są bardzo wysokie i strome. Mimo to łańcuch gór otaczający dolinę z godziny na godzinę stawał się wyraźniejszy. Lunch zjadłem przycupnąwszy pod jakimś drzewem, bo koło południa upał jest tu trudny do wytrzymania. Gdy przyjrzałem się mapie, doszedłem do wniosku, że przenocować trzeba w ostatniej wiosce przed górami, która szczęśliwie położona jest dość blisko wody, bo potem przez wiele kilometrów nie będzie już żadnych osiedli. Wyliczyłem, że o 16 będę już w wiosce. Jednak gdy tylko spuściłem kajak na wodę, zerwał się wściekły wiatr prosto w nos, jakby przyroda chciała mi pokazać, że moje wyliczenia mogę sobie wsadzić... Z trudem pokonując kolejne metry dotarłem wreszcie do wsi. Wciągnąłem kajak wysoko na brzeg, żeby wiatr go nie zepchnął, wziąłem butelkę i ruszyłem na rekonesans. Wioska wyglądała na wymarłą, ale w końcu zobaczyłem koło jakiegoś domu dwie starowinki. Zagadnąłem, wskazały mi studnię, potem poczęstowały chlebem i pomidorami. Gdy jadłem nadeszło dwóch mężczyzn. Gdy wdaliśmy się w rozmowę, zobaczyłem lekką panikę w ich oczach. Zaczęli po kolei tłumaczyć, że absolutnie nie mogę płynąć dalej, bo w tej części gór są oddziały guerilli i jest to zbyt ryzykowne. W końcu wydzwonili jakiegoś człowieka władającego angielskim, który potwierdził ich słowa. Rad, nie rad rozbiłem namiot na skraju wsi, ale już po chwili zaczęły nawiedzać mnie pielgrzymki proponujące mi jedzenie lub nocleg. Wreszcie jeden stary Kurd zmusił mnie wręcz do złożenia namiotu i udania się do jego domu. Cały wieczór spędziliśmy oglądając serwis Kurdyjskiej Niezależnej Telewizji, złożony na przemian z relacji z obozów partyzanckich oraz list Kurdów zabitych w walkach z armią turecką. 22.09. Genç Wygląda na to, ze rzeka się skończyła. Zdecydowałem, że czas przerwać imprezę, bo zbyt dużo wskazywało, że lepiej dalej nie próbować kusić losu. Rano, gdy gospodarze jeszcze spali, wymknąłem się z domu i poszedłem spakować kajak. Gdy spuszczałem powietrze z komór, z zakamarków łodzi zaczęły uciekać pająki. Gotowy tobół zataszczyłem na zrujnowaną stacyjkę w środku wsi, gdzie o 11 miał się zatrzymać pociąg. Przyjechał, ale o 12. Kupiłem bilet u konduktora i stanąłem w oknie, aby choć w ten sposób móc rzucić okiem na rzekę. Tuż za wsią zaczął się przełom. Najpierw kilka progów i trudny odcinek najeżony skałami z gotującą się wodą. Potem wjechaliśmy w głęboki wąwóz, otoczony stromymi ścianami. Było groźnie, ale pięknie. Nagle pociąg zwolnił. Tuż pod oknami na skraju zbocza leżały powyginane tory i kupa żelastwa, w której dość szybko udało mi się rozpoznać powywracane wagony. Było ich całkiem sporo, niektóre osobowe. Część leżała na zboczu, niektóre stoczyły się aż do wody, także tylko koła wystawały ponad powierzchnię . Pociąg toczył się teraz powoli, jakby chciał uszanować spokój tego miejsca. Rzeka, która w tym miejscu była dość spokojna, po chwili znów się spieniła i przyspieszyła. Progi i bystrza pojawiały się teraz co chwila. Część z nich była trudna, lecz do pokonania. Dało się jednak wypatrzeć kilka takich, w których nie chciałbym się znaleźć. Pociąg toczył się dalej i co chwila odsłaniał się nowy, kompletnie inny od poprzedniego krajobraz. Raz rzeka zwalniała, innym razem znów ruszała spieniona. Łagodnie stoki przeplatały się z pionowymi serwami i fantazyjnymi formami skalnymi. Co jakiś czas przy torach dało się widzieć uzbrojonych mężczyzn. Co jakiś czas znów dało się zobaczyć po kilka wagonów leżących przy torach lub bezpośrednio w rzece. Góry wokoło zrobiły się co raz wyższe, a zbocza bardziej strome. Krajobraz zapierał dech w piersiach. Z jednej strony wściekły byłem, że widzę to wszystko tylko z okna pociągu z drugiej zdawałem sobie sprawę, że ten odcinek prawdopodobnie przewyższa moje umiejętności. Po prawie trzech godzinach podróży dojechaliśmy do Genç. Wytarabaniłem się z pociągu i ruszyłem w stronę miasta. Po chwili zaczepił mnie jakiś człowiek, pytając, co tu robię. Gdy odpowiedziałem, że na razie szukam hotelu zaczął kręcić głową. Po chwili zrobiło się małe zbiegowisko. Generalnie wszyscy twierdzili, że "burda otel yok" (tur.: tu hotelu nie ma), ale żebym chwilę poczekał. Poczekałem i po chwili podjechały dwa samochody, wysiadło z nich czterech panów w ciemnych okularach i poprosiło o paszport. Ja na to, że owszem, paszport mam, ale niby czemu mam go pokazywać? Oni na to że są z policji. No dobrze, ale jakiś mundur, odznaka? Zdenerwowali się, ale przynieśli w końcu z auta jakąś wyświechtaną legitymację. Odwdzięczyłem się paszportem. Kompletnie nie mogli zrozumieć, co mogę robić w takiej dziurze jak Genç. W końcu bardzo niezadowoleni wskazali mi "dom nauczyciela" ostrzegając, żebym nie próbował dalej płynąć. Wolno mi jedynie użyć busa lub pociągu. Wieczorem jeszcze miałem okazję ich zobaczyć, jak w kilku wozach opancerzonych przemierzali uliczki sennego miasteczka, starając się wywołać nastrój grozy, choć mimo sporego uzbrojenia wyglądali raczej groteskowo. Tu kończy się moja opowieść, choć podróż trwała dalej. Z Genç lądem dotarłem do Bingöl, a dalej do Elazığ. Po kilku dniach odpoczynku odwiedziłem jeszcze Dyiarbakır, kończąc podróż w Van. Ponieważ jednak celem wyjazdu była rzeka Murat, więc z opisu podróży lądem zrezygnuję. Drogi czytelniku: jeśli potrzebujesz szczegółów technicznych czy topograficznych, śladów, opisów czy map, skontaktuj się ze mną bezpośrednio. Do pobrania: ślad GPS (wersja uproszczona).
|