![]() |
![]() |
![]() | ![]() |
![]() |
![]() |
<< powrót
|
Hardangervidda 2010
Hardangervidda winter solo
* * *
Lista sprzętu: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
Ostatnie modyfikacje: ![]() |
|
Poniżej inne pomysły na przeróbkę Paris Expedition (lub innych):
Komentarz po powrocie:
Narty - sprawdziły się znakomicie. Sprzęt lekki i wygodny, foki zapewniały świetną przyczepność, nie próbowały odchodzić. Jednym słowem rewelacja. W sume całą trasę przebyłem na fokach, nie próbując ich nawet ściągać (trudno mi więc powiedzieć, czy nie zaoszczędziłbym energii idąc po płaskim lub przy zjazdach na gołych ślizgach, jednak cała operacja jest na tyle upierdliwa, że nawet nie próbowałem). Na pochwałę zasłużyły też buty - wygodnie, lekkie, ciepłe. Cudownie się w nich szło, nie katowały nogi tak jak skorupy (no dobra - pęcherze były, ale bez takiej masakry jak po Dynafitach), a o ostrych zjazdach w tych warunkach i tak nie mogło być mowy. Pulki - cała konstrukcja sprawdziła się bardzo dobrze. Wprawdzie cały czas drżałem o to, że okaże się za delikatna, ale wróciłem bez strat. Należy jednak założyć, że na poważniejszą wyprawę trzeba by skonstruować coś bardziej niezniszczalnego. Sama skorupa sań jest bardzo mocna choć w pewnym stopniu elastyczna. Podłużne profile na dnie sprawdzają się niestety tylko na miękkim śniegu, ale przy twardym przestają stabilizować tor jazdy (istotne przy zjazdach). Teraz rozumiem, czemu np. Fjellpulken przytwierdza do dna osobne listwy służące za płozy i posiadające dość ostre krawędzie. W sumie przy wersji rozwojowej można się zastanowić nad takim rozwiązaniem. Sztywny hol w większości wypadków spełnił swoje zadanie, jednak na stromych zjazdach lub dużych zastrugach sanie potrafiły się wywracać, co za każdym razem groziło połamaniem rurek. W tej sytuacji właściwie jedyny wyjściem było zachowanie maksymalnej ostrożności i kontrola prędkości przy zjeździe. Znakomitym pomysłem okazał się amortyzator do uprzęży, bo wyeliminowanie szarpnieć faktycznie zwiększyło komfort marszu. Długo też się zastanawiałem, jak zapewnić sobie dostęp do najpotrzebniejszego sprzętu: w grę wchodziło doszycie zewnętrznej kieszeni na górze pulek, lub lekki plecaczek. W końcu wygrała druga opcja i okazała się dobrym rozwiązaniem. Dzięki temu zmiana rękawiczek czy czapki, wyciągnięcie termosu lub gogli nie wymagały wypinania pulek, otwierania pokrowca i grzebania w głównym bagażu. Również pokrowiec na bagaż spinany szerokimi klamrami zdał egzamin: dostęp do sprzętu był stosunkowo szybki, cały wór w ostateczności można tyło zdjąć z sań i wraz z bagażem wrzucić do namiotu czy auta. Sprzęt był też dobrze chroniony przez śniegiem i lodem. Jeśli chodzi o uprząż, to szelki zdecydowanie poprawiają rozłożenie obciążeń. Następnym razem prawdopodobnie próbowałbym przesunąć ucha do przypinania sań ciut do przodu, aby przy każdym wypinaniu nie trzeba było się wykręcać do tyłu. Warto też wykorzystać pas uprzęży do przypinania różnych drobiagów jak pokrowiec na aparat czy GPS, dzięki czemu są zawsze pod ręką. Generalnie na pewno marsz z nimi był łatwiejszy niż z ciężkim plecakiem (choć należy pamietać, że to dodatkowe 5kg), jednak w bardziej pofałdowanym lub gęsto zalesionym terenie mogłyby już się zacząć spore problemy. Namiot - Hannah Serak II - bardzo przeciętnie. Niby namiot czterosezonowy, jednak konstrukcja mało stabilna i odporna na wiatr. Do tego niewygodny system mocowania do podłoża - wymaga użycia wielu punktów, tylko część z nich ma na tyle duże ucha, że mozna przez nie przełożyć np nartę. Przedsionek niski, więc gotowanie w nim benzyną, która ma tendencję do niekontrolowanego buchania płomieniem jest źródłem ciągłego stresu i obaw przed spaleniem pokrycia (i siebie). Wentylacja bardzo słaba, za to waga niezła. Przedłużone śledzie własnej roboty (40cm aluminium) sprawdziły się średnio: na zbitym lub mokrym sniegu nawet trzymały, ale oczywiście w puchu można było spokojnie sobie odpuścić - wówczas pozostawały tylko narty, czekan i łopata, więc namiot miał mało punktów przytwierdzeinia do podłoża. Inne: - butelka na mocz - jak dla mnie epokowy wynalazek. W nocy nie trzeba wyłazić za potrzebą z namiotu na mróz; - czekan - niby niekonieczny, ale na stromiznach do asekuracji i owszem; drugi raz też bym wziął; - podwójna mata - chyba zbędny ciężar; następny razem próbowałbym wziąć jedną zwykłą, za to grubą; - śpiwór - temperatura nie spadła prawdopodobnie poniżej -15st.C, więc 800g puchu by Yeti wystarczyło; - GPS Garmin Dakota - mimo użycia baterii litowych AA rozpaczliwie słaba żywotność w tych temperaturach. Jeden zestaw starczał na najwyżej 2-3 dni ciągłego użycia. Za to wygoda użycia spora nawet w rękawiczkach (mimo ekranu dotykowego). Generalnie nie wyobrażam sobie wyjscia w norweskie góry zimą bez GPSa, no chyba że jest się pewnym, że cały szlak będzie otyczkowany. Teren trudny do orientacji, mało ludzi, częste problemy z widocznością powodują, że jest to kwestia raczej bezpieczeństwa niż wygody; - SPOT satellite messenger - znakomity, bo po prostu jest. Wprawdzie ciężki i ergonomia średnia, ale obecnie nic nie zapewni tak łatwej i prostej komunikacji w dowolnym terenie. Z jednej strony bezpieczeństwo użytkownika, z drugiej rodzina zawsze wie, czy wszystko w porządku; - szczotka do śniegu - absolutnie konieczna podczas biwaków zimowych; - przygotowanie jedzenia - genialnym wynalazkiem okazały się "woreczki do gotowania na parze w kuchenkach mikrofalowych" by Jan Niezbędny. Absolutny hit. Bardzo mocne, zamykane na zipa, wytrzymują 100ºC. W domu do każdego z woreczków powrzucałem odpowiednio skomponowane zestawy na śniadania i kolacje. Dzięki temu wszystko było poporcjowane i pozamykane, a przygotowanie polegało na wyjęciu kolejnego woreczka, zalaniu wrzątkiem zamknięciu i i odczekaniu aż napuchnie. Potem zużyty woreczek trafiał do śmieci, a menażka pozostawała nieuświniona (jakoś mycie na mrozie średnio mnie bawi, a i pozostałości słodkiej kaszki w zupie pomidorowej - również). |
<< powrót