| << powrót
Dovrefjell
2007
dziennik podróży
23.03. na promie Sassnitz - Trelleborg
No i jedziemy. Znów w drodze do
Norwegii. Jak więc widać, czasami marzenia się spełniają, trzeba tylko
bardzo
chcieć. Obiecałem sobie, że spróbuję wrócić zimą i proszę! Jak na razie
pierwszy dzień
zadziwiająco zgodny z planem. Pędem do Berlina i ostatnie zakupy
sprzętowe w
Globtrotterze. Sklep przygniata swym ogromem: wielki magazyn wypełniony
wszelkim możliwym sprzętem outdoorowym. Dobraliśmy linę, karabinki,
harszle,
inne drobiazgi i dalej w drogę. Na trasie obyło się bez tradycyjnych
niemieckich korków i dobrze, bo lejący non stop deszcz wystarczająco
uprzykrzał
jazdę. W końcu Sassnitz, zaokrętowanie się na promie i późna kolacja.
Jak
poprzednio - drogo i paskudnie, ale cóż, trzeba się przyzwyczaić, bo
teraz
będzie już tylko gorzej. Nie mogę się wręcz nadziwić, że jak na razie
wszystko
idzie dokładnie tak, jak zaplanowałem. Udało się nawet wykupić
członkostwo DNT
w ostatniej chwili. A może tym razem uda się zrealizować wyjazd idealny
- w stu
procentach zgodny z planem? I czy to czasem nie sprawi, że będzie on
nudny?
Zobaczymy.
24.03. Vangshaugen
Wreszcie na miejscu! Podróż była
jak zwykle wykańczająca, ale psim swędem udało nam się planowo dotrzeć
w góry i
oto leżę sobie wreszcie na pryczy w Vangshaugen. Podróż do Oslo minęła
bez
problemów - zaledwie w kilku miejscach zwężenia kazały zwolnić poniżej
130/h
więc do stolicy dotarliśmy zgodnie z planem. Tu pozwoliliśmy sobie
tylko na
krótki spacer po Akker Brygge i mikro śniadanie w cenie 50 pln/os. No
niestety
Norwegia ma oprócz blasków również i cienie, a właściwie jeden główny -
ceny!
Natomiast wizyta w DNT okazała się bardzo owocna. Instytucja ta działa
perfekcyjnie i lepszej organizacji turystycznej nie potrafiłbym sobie
wyobrazić.
Po wyjeździe z Oslo zaczęły się
jednak schody. Okazało się, że źle wyliczyłem trasę i może nam
zabraknąć czasu
na dotarcie w góry za dnia. Co gorsza nie byliśmy pewni, czy do
Vangshaugen,
które obraliśmy sobie za punkt startowy, w ogóle damy radę dotrzeć
autem.
Skończyło się szaleńczą jazdą po paskudnych agrafkach wokół Dovrefjell
i
dotarciem równo ze zmrokiem do hytte. I znów uśmiechnęło się do nasz
szczęście
- okazało się, że chata zamieszkana jest przez parę przemiłych
gospodarzy,
którzy nie tylko podjęli się roli przewodników po trudnych zasadach
korzystania
z zasobów DNT, ale również chętnie podzielili się wiedzą na temat co
ciekawszych rejonów Norwegii, prognoz pogody, etc. Jednym słowem znów
dzień nad
podziw udany. Teraz tylko spać, żeby choć trochę odrobić koszmarne
niewyspanie z
dwóch poprzednich dni.
25.03. Raubergshytta
To był syty dzień. Wyszło nam 8 h
ostrego marszu, w tym prawie kilometr przewyższenia. Niestety poranne
przepakowanie przeciągnęło się aż do dwunastej, skutkiem czego chatę
znaleźliśmy
o zmroku. Inna rzecz, że za namową gospodarza z Vangshaugen poszliśmy
dłuższą
drogą przez szczyt Røse, dodając sobie niepotrzebnie duże podejście. O
dziwo
widzieliśmy co najmniej kilka osób po drodze. Ewidentnie cała Norwegia
spędza
ten weekend w górach. Inna rzecz, że pogoda była aż za dobra.
Niesamowity upał
i słońce dały nam nieźle w kość na podejściu. Za to widoki ze szczytu,
jak się
należało spodziewać, obłędne. Wokoło morze ośnieżonych szczytów,
płaskie
połacie śniegu kryjące jeziora i cisza. Niestety wielokrotnie
zamarzający śnieg
wyjątkowo utrudniał zjazdy.
Za to w chacie poszaleliśmy.
Wielkie i puste schronisko jest tak wyposażone, że można tam spędzić
roczne
oblężenie. Zaczęliśmy więc od obiadu z dwóch dań, potem raz i drugi
owoce z
puszki. Swoją droga poziom zorganizowania tutejszej organizacji
turystycznej
ciągle zaskakuje. Schroniska są po prostu piękne, wyposażone we
wszystko, co
tylko można wymyślić, a jednocześnie większość z nich stoi ciągle
otwarta ale bez stałej obsługi. Do
tego zaufanie organizatorów, że każdy gość zapłaci za wszystko, co
wykorzystał.
26.03 Grøvudalshytta
Wieczór w kolejnej chacie. Ta
jest najpiękniej położona: na dnie przepastnej doliny otoczonej
pionowymi
zerwami. Niestety właśnie te zbocza stały się przyczyną naszych
problemów. Ale
od początku: mimo przysiąg, że dziś zrywamy się o świcie, wyszliśmy na
szlak
dopiero o 11. Po prostu obaj bardzo odczuliśmy
wczorajszy dzień. Jednym słowem śniadanie trwało i trwało, ale w końcu
udało
się nam zebrać. Dziś widać było, że weekend się skończył -
na szlaku nie spotkaliśmy nikogo. Droga
całkiem sympatyczna, pogoda przepiękna i tylko otarte stopy
doskwierały. Koło
południa zrobiło się już tak gorąco, że przez pewien czas szedłem w
samych
kalesonach. Dzięki GPS-owi szło się nam całkiem sprawnie i w końcu
dotarliśmy
na skraj doliny w której leży Grøvudalshytta.
I wtedy zaczęły się schody: w
miejscu, gdzie według mapy powinna schodzić ścieżka sprowadzająca do
chaty zobaczyliśmy potężny
lej
zakończony pionowym żlebem. Pierwszych kilka przymiarek do zjazdu
pokazało, że
rzecz jest nie do zrobienia. Na szczęście po odbiciu w prawo okazało
się, że
żleb można obejść zaśnieżonym żebrem. Ostrożnie i szerokimi zakosami
zaczęliśmy
zjeżdżać, uważając, aby za bardzo nie zbliżyć się do krawędzi. W sumie gorzej to wyglądało, niż było strome,
jednak ostrożność nie była nie na miejscu. Gdy pokonaliśmy ostrożnie
około
połowy wysokości, zaczęły pojawiać się na zboczu niskie brzózki, a
śnieg zrobił
się mokry i ciężki. Manewrowanie w tych warunkach było niemal
niemożliwe, więc
co chwila któryś z nas musiał wygrzebywać się po upadku. No i niestety
po
której wywrotce Piotr złamał kijek. Niby drobiazg, ale trudno sobie
wyobrazić
dalszy dłuższy marsz z jednym kijem. Tak więc chcąc nie chcąc
podjęliśmy
decyzję o odwrocie do Oppdal celem zakupienia nowego kija. Zobaczymy,
co nam
się uda załatwić, w każdym razie teraz czeka nas długi marsz do
Vangshaugen,
gdzie
czeka auto.
28.03. Reinheim
Marsz wczoraj był rzeczywiście
długi. Na szczęście wijąca się, piękna dolina umilała nam czas marszu.
Dopiero
z dołu mogliśmy podziwiać żleb i żebro, które sprowadziły nas na dół. W
sumie
chyba obaj z niedowierzaniem patrzyliśmy na wąskie, strome płaty
śniegu
popodcinane po bokach zerwami żlebu. Chyba mieliśmy sporo szczęścia.
Z braku kijka i dostatecznej
ilości śniegu większość marszu do Vangshaugen odbyliśmy per pedes.
Słońce
dogrzewało, rzeczka wiła się na dnie doliny - jednym słowem sielanka.
Mimo tego
byliśmy na prawdę szczęśliwi, gdy koło15 dotarliśmy do auta. Dzięki
temu
mieliśmy właściwie pół dnia "wolnego", co skwapliwie wykorzystaliśmy
na zwiedzanie Oppdal. Tego dnia mieliśmy okazję poznać dwie wersje
kuchni
norweskiej. Pierwsza to lunch w barze w Oppdal: lokalna specjalność,
czyli
przesolone kulki rybne i papkowata breja z mięsa i ziemniaków. Można
sobie
wyobrazić, że jest to typowe tutejsze jedzenie. Wieczorem natomiast
zatrzymaliśmy się w hotelu Kongsvoll, gdzie dostaliśmy pyszne kotlety z
renifera. Jedzenie było świetne, ale można przypuszczać, że jest to
raczej
wersja exportowa tutejszej kuchni, niż codzienna strawa tubylców.
Ponieważ
udało nam się nabyć kijki dla Piotra oraz zapas plastrów,
postanowiliśmy
wykorzystać resztę pobytu w górach na wejście na Snøhettę. W tym celu
właśnie cały
dzisiejszy dzień maszerowaliśmy z Kongsvoll do Reinheim. Niestety marsz
ten
znów zakończył się paskudnymi otarciami wszystkich czterech stóp.
Pytanie, jak
w takim stanie uda nam się jutro dojść do Åmotdalhytta, a pojutrze
wejść na
szczyt?
29.03. Åmotdalshytta
Dziś był dzień
"lajtowy". Trochę po to, żeby dać odpocząć poharatanym nogom, a
trochę dla tego, że trudno było o alternatywną trasę. Tak więc koło 14
doszliśmy do chaty czyli można liczyć najwyżej pół dnia marszu. Jednak
nogi mamy
już obaj w takim stanie, że i tak daleko byśmy dziś nie zaszli. Za to
chata
luksusowa. Czteroosobowe sypialnie, dwa livingroomy, wielka kuchnia.
Cały
dzień więc jemy i odpoczywamy. Rozpusta sięgnęła takiego poziomu, że
przyrządziliśmy sobie gofry z dżemem (tak: na wyposazeniu są dwie
gofrownice!).
Za to jutro plan bardzo ambitny:
wstać rano, wejść na Snøhettę (prawie 1000m deniwelacji) i zjechać aż
do
Kongsvoll. Najbardziej boimy się o nogi, bo obaj mamy w nich wielkie
dziury
powycierane przez skorupy butów. Co gorsza plastry się nie trzymają i
wszystko
paskudzi się i boli.
31.03. Oslo
Dzień wczorajszy był wyjątkowo
esencjonalny. Wiedząc, że szykuje się długi dzień zerwaliśmy się o
5.30.
Niestety pierwszy rzut oka na szary świt za oknem wzbudził nasze obawy,
które
potwierdził spacer do chatki z WC. Lodowaty wiatr i mgła na szczytach
zapowiadały trudny dzień. W rekordowym czasie pozbieraliśmy się do
wyjścia i z
nartami przytroczonymi do plecaków ruszyliśmy w stronę Snøhetty. Nart
nie
założyliśmy na nogi z dwóch powodów: po pierwsze stopy mieliśmy tak
poobcierane
że taki sposób poruszania sprawiał nam najmniejszy ból. Po drugie, od
strony
zachodniej zbocza Snøhetty zostały do tego stopnia przewiane, że cały
stok
pokryty był po równo kamieniami i śniegiem. Kamieni było za dużo aby
poruszać
się na nartach ale za mało, żeby iść po nich. Taki mix sprawił, że
podejście było
wyjątkowo nieprzyjemne, bo co chwila nogi zapadały się w wytopione
między głazami dziury. Do tego silny boczny wiatr traktował płaszczyznę
przypiętych
do plecaków nart jak żagiel, zdmuchując nas z drogi. Trochę obawialiśmy
się
mgły bo zbocze, którym biegła szlak było po obu stronach podcięte
zerwami
opadającymi do kotłów. Dodatkowo sama grań którą musieliśmy się dostać
na wschodnie
zbocze
zakręcała jak ogromny krater wulkanu z pionowymi ścianami po
wewnętrznej
stronie.
Gdy dotarliśmy na grań, po
pierwszej radości nastąpił kryzys. Wyglądało na to, że nie damy rady
dojść do
wschodniej krawędzi, bo cały skalny grzebień był całkowicie pokryty
śniegiem i
lodem. Baliśmy się, że huraganowy wiatr po prostu zdmuchnie nas
stamtąd, a
poniżej grani przejść się nie dało z powodu całkowitej niemal
ekspozycji.
Powoli jednak po wcześniejszym rozpoznaniu na lekko, udało nam się
przenieść po
jednym plecaku w bezpieczne względnie miejsce po wschodniej stronie.
Pluliśmy
sobie jednocześnie w brodę, że za radą gospodarza z Vangshaugen linę i
uprząż
zostawiliśmy w aucie. Jednocześnie błogosławiliśmy pomysł zabrania
raków i
czekanów, bez których pokonanie ostatniego odcinka byłoby po prostu
niemożliwe.
Gdy rozpoczęliśmy zjazd w stronę
Kongsvoll wyszło słońce. W dole rozpościerał się obłędny widok na który
składały się wyłącznie góry, śnieg i niebo. Jedynym śladem obecności
człowieka
była ledwo widoczna kropka chaty Reinheim,a w oddali widniały
wyróżniające się w
tym krajobrazie poszarpane szczyty Rondane. W sumie było mi trochę
szkoda, ze
zrezygnowałem z rozpoczęcia wędrówki właśnie przez to pasmo, ale może
to i
lepiej - zostanie dobry punkt wyjścia do nowej wyprawy. Zjazd do
Kongsvoll, choć długi i
męczący dał dużo przyjemności. Ogromne zbocza pokryte oślepiającą bielą
były
całe nasze. Pokonując szerokimi łukami zaśnieżone zbocza cieszyliśmy
się
ostatnimi chwilami w Dovrefjell.
Do hotelu dotarliśmy o 17. W ten
sposób zrobiliśmy tego dnia 21 km w poziomie i prawie kilometr
przewyższenia.
Ten ostatni dzień był najbardziej intensywny, ale i pokazał nam chyba,
jak wiele możemy osiągnąć przy dobrej organizacji i odrobinie
samozaparcia. W sumie jest to cenne doświadczenie które trzeba teraz
wykorzystać przy kolejnych wyjazdach...
|